Obawiam się, że dzisiaj jestem zbyt zmęczona na "porządne" posty. Pokażę Wam za to parę rzeczy, w których posiadanie chciałabym wejść w ciągu 2015 roku. Zapraszam!
Bardzo często zdarza się, że coś wpadnie mi w oko i dręczy mnie tygodniami chęć zakupu tej rzeczy. Po pewnym czasie (o ile nie kupię tego czegoś) zapominam. Za to, gdy później nadarza się okazja - przypływ gotówki, urodziny itd. - i mogłabym zrealizować swoje chciejstwo, odczuwam konsternację. Zwyczajnie zapominam, co chciałam! Albo jeszcze gorzej - dopadają mnie wątpliwości, czy na pewno chcę to mieć. Idiotyczne, ale regularnie mnie to spotyka.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą personalne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą personalne. Pokaż wszystkie posty
środa, 7 stycznia 2015
niedziela, 4 stycznia 2015
Nowy Rok i denko grudniowe
Nowy Rok na blogu zaczynam od domknięcia tematu kosmetycznych zużyć z 2014 - do rozliczenia pozostał grudzień. Nie ma tego wiele, ale zawsze coś :)
sobota, 13 grudnia 2014
Nieoczywista lista filmów, które FAJNIE jest obejrzeć cz. 2
Najwyższa pora na drugą część mojej osobistej listy filmów (część 1 klik!), które rekomenduję jako "fajne do obejrzenia" - właśnie tak: FAJNE. Niekoniecznie mądre, niekoniecznie w dobrym guście, niekoniecznie imponujące - przynajmniej nie wszystkie, bo niektóre na pewno. Ale czy wszystko w życiu musi służyć głębszemu celowi? Moim zdaniem warto sobie czasami zafundować rozrywkę w czystej postaci, albo przynajmniej spróbować :)
Nieoczywista lista filmów, które FAJNIE jest obejrzeć cz. 2
![]() | ||||
| źródło: http://theodoylerules.com |
Nieoczywista lista filmów, które FAJNIE jest obejrzeć cz. 2
sobota, 29 listopada 2014
Nieoczywista lista filmów, które FAJNIE jest obejrzeć cz. 1
Dawno chciałam napisać taki post, ale w praktyce ciężko było mi się zebrać. Zdaję sobie sprawę, że większość z Was może odbierać mnie jako osobę zainteresowaną tylko i wyłącznie kosmetykami, ew. zakupami. Macie rację - taki przekaz płynie z tego bloga, bo z założenia chciałam się tutaj skupić na kwestiach związanych z urodą. Jednak czasami mam ochotę napisać o czymś innym, podzielić się jakąś opinią, refleksją. Polecić coś, co nie jest kosmetykiem :) Teraz dam sobie taką szansę.
Oglądanie filmów to jedno z moich ulubionych zajęć. Bardzo lubię chodzić do kina, ale nie mniejszą radość sprawiają mi domowe seanse przed laptopem lub (rzadziej) telewizorem. Ilość filmów, które chciałabym obejrzeć, jest przerażająca - na filmwebie mam zaznaczone ponad 100 pozycji. A lista, zamiast sukcesywnie się zmniejszać, tylko się rozrasta :P Może dlatego, że nierzadko, zamiast obejrzeć coś nowego, uruchamiam sobie po raz n-ty film, który znam niemal na pamięć. I w dodatku sprawia mi to niekłamaną przyjemność!
![]() |
| źródło: http://bad-taste.pl |
Oglądanie filmów to jedno z moich ulubionych zajęć. Bardzo lubię chodzić do kina, ale nie mniejszą radość sprawiają mi domowe seanse przed laptopem lub (rzadziej) telewizorem. Ilość filmów, które chciałabym obejrzeć, jest przerażająca - na filmwebie mam zaznaczone ponad 100 pozycji. A lista, zamiast sukcesywnie się zmniejszać, tylko się rozrasta :P Może dlatego, że nierzadko, zamiast obejrzeć coś nowego, uruchamiam sobie po raz n-ty film, który znam niemal na pamięć. I w dodatku sprawia mi to niekłamaną przyjemność!
poniedziałek, 24 listopada 2014
Magnitone - prosto z UK
Czy to już Święta? Wiem, wiem, że jeszcze "trochę" (co też jest bardzo subiektywnym określeniem), ale zadaję to głupawe pytanie, bo właśnie tak się poczułam przedwczoraj. Szczerze mówiąc, czuję się tak w dalszym ciągu ;)
Te z Was, które w miarę regularnie podczytują mojego bloga, na pewno zauważyły, że zamieszczam sporo recenzji kosmetyków Dr. Organic. Ma to swoje proste uzasadnienie - mam w Wielkiej Brytanii krewnego, który odwiedza mnie kilka razy w roku i za każdym razem przywozi mi coś, co w Polsce jest trudno dostępne/droższe. Zazwyczaj są to właśnie (skądinąd świetne) produkty Dr. Organic, bo moja kosmetyczna mania nie jest dla nikogo w rodzinie tajemnicą (mawiają pieszczotliwie, żem pudernica). Ale tym razem dostałam coś absolutnie GENIALNEGO.
Która z Was nie marzyła o szczoteczce sonicznej do twarzy, jednocześnie zdając sobie sprawę z pewnego absurdu tego marzenia (związanego z chorą ceną Clarisonic)? ;) No właśnie. Ja to swoje marzenie już dawno pochowałam, bo kwotę ok. 650 zł (obecnie tak to wygląda w Sephorze) wolę przeznaczyć na coś, co nie będzie służyło tylko mnie samej - źle bym się z tym czuła. I nie chodzi tu o faktyczny brak możliwości finansowych (gdybym uznała, że koniecznie chcę, to spięłabym dupę i uskładała), ale o barierę natury psychologicznej - może cierpię na jakiś syndrom biedy, kto wie :D W każdym razie mój "problem" się rozwiązał, bo prosto z UK przyleciała do mnie ONA:
Te z Was, które w miarę regularnie podczytują mojego bloga, na pewno zauważyły, że zamieszczam sporo recenzji kosmetyków Dr. Organic. Ma to swoje proste uzasadnienie - mam w Wielkiej Brytanii krewnego, który odwiedza mnie kilka razy w roku i za każdym razem przywozi mi coś, co w Polsce jest trudno dostępne/droższe. Zazwyczaj są to właśnie (skądinąd świetne) produkty Dr. Organic, bo moja kosmetyczna mania nie jest dla nikogo w rodzinie tajemnicą (mawiają pieszczotliwie, żem pudernica). Ale tym razem dostałam coś absolutnie GENIALNEGO.
Która z Was nie marzyła o szczoteczce sonicznej do twarzy, jednocześnie zdając sobie sprawę z pewnego absurdu tego marzenia (związanego z chorą ceną Clarisonic)? ;) No właśnie. Ja to swoje marzenie już dawno pochowałam, bo kwotę ok. 650 zł (obecnie tak to wygląda w Sephorze) wolę przeznaczyć na coś, co nie będzie służyło tylko mnie samej - źle bym się z tym czuła. I nie chodzi tu o faktyczny brak możliwości finansowych (gdybym uznała, że koniecznie chcę, to spięłabym dupę i uskładała), ale o barierę natury psychologicznej - może cierpię na jakiś syndrom biedy, kto wie :D W każdym razie mój "problem" się rozwiązał, bo prosto z UK przyleciała do mnie ONA:
czwartek, 6 listopada 2014
Mini-denko październikowe + fajna akcja
Kolejny miesiąc na boku, pora podsumować zużycia. Chyba wszyscy już się przyzwyczaili do tego, że u mnie kosmetyki z jakiegoś powodu kończą się baaardzo powoli :P Nie inaczej było w październiku, podczas którego nie zużyłam prawie nic...
wtorek, 14 października 2014
Nie ma to jak dostać... paczkę :)
Hej :) Ponieważ dzisiaj jest wyjątkowo brzydki dzień i nie mam ochoty na skomplikowane, długie notki, pochwalę się Wam paczką (oczywiście kosmetyczną!), która przyszła do mnie ok. tydzień temu. Prosto z Japonii od Anny, na której blogu szczęśliwie wygrałam rozdawajkę.
Gdy listonosz wręczył mi zgrabną paczuszkę, na mojej twarzy od razu pojawił się uśmiech. Sami zobaczcie dlaczego ;)
![]() | ||
| źródło: http://www.myniceprofile.com |
Gdy listonosz wręczył mi zgrabną paczuszkę, na mojej twarzy od razu pojawił się uśmiech. Sami zobaczcie dlaczego ;)
piątek, 12 września 2014
Czym maluję usta? :)
Hej! :) Od pewnego czasu na blogach pojawiają się notki, w których dziewczyny pokazują swoje kosmetyczne zbiory - bardzo podoba mi się ta idea i postanowiłam się dołączyć. Dziś chcę Wam pokazać moją mini-kolekcję smarowideł do ust. Do tego rodzaju produktów mam prawdopodobnie największą słabość ;) Żeby post nie był sbyt długi, wybrałam te, których najczęściej używam lub uważam z jakiegoś powodu za interesujące.
Zdjęcia prezentują usta przed i po nałożeniu kosmetyku.
1. Essence, Beach Cruisers, błyszczyk w odcieniu #2 Girls just wanna have sun!
Zdjęcia prezentują usta przed i po nałożeniu kosmetyku.
1. Essence, Beach Cruisers, błyszczyk w odcieniu #2 Girls just wanna have sun!
Bardzo skromny, bardzo wygodny, bardzo trwały - jak dla mnie to same zalety. Noszę go stale w torebce, chociaż raz nałożony rzadko wymaga poprawek. To chyba najtrwalszy błyszczyk, z jakim się spotkałam. Jest w sumie całkowicie transparentny - na zdjęciu tego nie widać, ale ładnie uwypukla usta.
sobota, 23 sierpnia 2014
Lekki zamęt i moje ostatnie grzechy kosmetyczne
Wracam po dłuższej przerwie spowodowanej moimi wyjazdami, przyjazdami znajomych do mnie, pracą i ogólnym zamieszaniem ;) Ostatni dwa tygodnie były bardzo intensywne, nie miałam czasu na internet i nawet na pinteresta nie wchodziłam (co jest dla mnie nie do pomyślenia!). Teraz dla odmiany trochę się uspokoiło i mogę zacząć nadrabiać blogowe zaległości :)
Dawno (chyba?) nie pisałam nic o zakupach, co nie znaczy, że ich nie robiłam. Zgoda - w mniejszym wymiarze, niż zazwyczaj. Ostatnio koncentrowałam się bardziej na ubraniach i dodatkach, bo nadchodząca jesień skłoniła mnie, jak co roku, do przejrzenia garderoby. Dzisiaj na przykład przez kilka godzin biegałam po sklepach w poszukiwaniu jeansów - ciężka sprawa. Jestem raczej niską osobą (mam nieco ponad 160 cm wzrostu) i nie dysponuję długaśnymi nogami, a mam wrażenie, że na takie szyje się dzisiaj 90% spodni. Nawet noszenie rozmiaru 34 (a w niektórych sieciówkach 36) nie bardzo mi tutaj pomaga i zwykle jestem skazana na krawcową. Szczęśliwie, dzisiaj udało mi się nabyć zacne jegginsy, których nie będę musiała skracać :) Ale miałam pisać o kosmetykach :P
Poniżej prezentuję moje ostatnie kosmetyczne nabytki. Niektóre były mi potrzebne, inne niekoniecznie.
Dawno (chyba?) nie pisałam nic o zakupach, co nie znaczy, że ich nie robiłam. Zgoda - w mniejszym wymiarze, niż zazwyczaj. Ostatnio koncentrowałam się bardziej na ubraniach i dodatkach, bo nadchodząca jesień skłoniła mnie, jak co roku, do przejrzenia garderoby. Dzisiaj na przykład przez kilka godzin biegałam po sklepach w poszukiwaniu jeansów - ciężka sprawa. Jestem raczej niską osobą (mam nieco ponad 160 cm wzrostu) i nie dysponuję długaśnymi nogami, a mam wrażenie, że na takie szyje się dzisiaj 90% spodni. Nawet noszenie rozmiaru 34 (a w niektórych sieciówkach 36) nie bardzo mi tutaj pomaga i zwykle jestem skazana na krawcową. Szczęśliwie, dzisiaj udało mi się nabyć zacne jegginsy, których nie będę musiała skracać :) Ale miałam pisać o kosmetykach :P
Poniżej prezentuję moje ostatnie kosmetyczne nabytki. Niektóre były mi potrzebne, inne niekoniecznie.
wtorek, 22 lipca 2014
Szał zagranicznych prezentów :)
Dzisiaj będę się przechwalała - z góry uprzedzam ;) W ostatnich kilku dniach spadł na mnie deszcz kosmetycznych prezentów - wszystko prosto z Francji, Niemiec i UK.
środa, 18 czerwca 2014
Co nowego wpadło w czerwcu? ;)
Hej :) Właśnie zeszłam na chwilę z kuchennego pola bitwy i korzystając z okazji, że mam trochę czasu (czekam, aż mi wyrośnie ciasto drożdżowe) pokażę Wam moje nowe kosmetyczne nabytki z ostatnich kilku tygodni.
Troszeczkę tego wpadło. Oczywiście nadal nie umywam się do niektórych dziewczyn (czasami aż mnie zatyka z zazdrości jak widzę tyyyyle dobroci na blogach!) ale moje kosmetyczne zasoby zostały trochę zasilone ;)
Udało mi się ostatnio po raz pierwszy wygrać w blogowym rozdaniu. Organizatorką była Beauty Candies i właśnie dzisiaj listonosz dostarczył mi od niej uroczą przesyłkę :) Pomarańczowa pianka Organique, pachnący lakier Revlona, wosk do kominka (mam pretekst, żeby go znowu odkurzyć!) Organique i miniaturki bazy i podkładu od Benefit. Wszystko ślicznie zapakowane, aż musiałam zrobić zdjęcie. Dziękuję serdecznie za taką piękną nagrodę! :)
Wczoraj dotarło moje mini-zamówienie z Korei (to już obsesja). Tradycyjnie już Mizon (kosmetyki tej marki zdecydowanie u mnie przeważają) i dwie nowości: peeling grejpfrutowy (Mizon Refresh Time Grapefruit Peeling Gel) oraz filtr przeciwsłoneczny (Mizon Mela Defense White Multi UV Sun Block SPF50/PA+++). Peeling zastąpi mi zielone jabłuszko, które powoli się kończy, a filtr jest mi bardzo potrzebny ze względu na kurację Epiduo. Zobaczymy, czy spełni swoje zadanie. Standardowo dostałam też trochę próbek.
Parę dni temu wałęsałam się po drogeriach i w Naturze trafiłam przypadkiem na promocję dot. produktów do ust - kup 1, 2-gi tańszy masz gratis. Ponieważ bardzo spodobał mi się błyszczyk z limitki Essence Beach Cruisers (wybrałam odcień #02 Girls just wanna have SUN!) to się długo nie zastanawiałam ;) Chwyciłam sobie do tego XXXL Shine Lipgloss tej samej marki (odcień #27 Just me and my lipgloss) - urzekła mnie ta landrynkowa czerwień.
Jak już tak przetrząsała szafy z kolorówką, to wzięłam sobie lakier Miss Sporty w kolorze różowej gumy balonowej (nr #480 Baby Pink) - mam go właśnie na paznokciach i bardzo mi się podoba :)
Tusz do rzęs Sexy Pulp od Yves Rocher dostałam jako prezent powitalny - zabawna historia. Kupowałam jakiś zestaw kosmetyków na prezent dla mojej mamy i pani przy kasie szybko mnie zwerbowała do założenia karty :P Nim się zorientowałam, to już trzymałam reklamóweczkę z próbkami i tuszem. Może teraz zacznę tam częściej kupować? ;)
I na koniec parę kosmetyków "łazienkowych". Po lewej Diamentowe Serum Eveline 4D, w które nie wierzę ale i tak je stosuję (idiotyczne) "dla spokojnego sumienia" po masażu bańką chińską. Po środku biedronkowy zakup mojej mamy - Foam Makers, tzw. Pianotwory do kąpieli. Opakowanie zawiera kolorowe kapsułki, które wrzuca się do wanny - pachną obłędnie owocowo i mocno się pienią.
Ostatni zakup to pianka do golenia Venus z ekstraktem z melona i grejpfruta - tak dla odmiany od wersji konwaliowej ;)
Coś Wam wpadło w oko? A może coś z tego już macie? :)
Troszeczkę tego wpadło. Oczywiście nadal nie umywam się do niektórych dziewczyn (czasami aż mnie zatyka z zazdrości jak widzę tyyyyle dobroci na blogach!) ale moje kosmetyczne zasoby zostały trochę zasilone ;)
Parę dni temu wałęsałam się po drogeriach i w Naturze trafiłam przypadkiem na promocję dot. produktów do ust - kup 1, 2-gi tańszy masz gratis. Ponieważ bardzo spodobał mi się błyszczyk z limitki Essence Beach Cruisers (wybrałam odcień #02 Girls just wanna have SUN!) to się długo nie zastanawiałam ;) Chwyciłam sobie do tego XXXL Shine Lipgloss tej samej marki (odcień #27 Just me and my lipgloss) - urzekła mnie ta landrynkowa czerwień.
Jak już tak przetrząsała szafy z kolorówką, to wzięłam sobie lakier Miss Sporty w kolorze różowej gumy balonowej (nr #480 Baby Pink) - mam go właśnie na paznokciach i bardzo mi się podoba :)
Tusz do rzęs Sexy Pulp od Yves Rocher dostałam jako prezent powitalny - zabawna historia. Kupowałam jakiś zestaw kosmetyków na prezent dla mojej mamy i pani przy kasie szybko mnie zwerbowała do założenia karty :P Nim się zorientowałam, to już trzymałam reklamóweczkę z próbkami i tuszem. Może teraz zacznę tam częściej kupować? ;)
Ostatni zakup to pianka do golenia Venus z ekstraktem z melona i grejpfruta - tak dla odmiany od wersji konwaliowej ;)
Coś Wam wpadło w oko? A może coś z tego już macie? :)
sobota, 8 marca 2014
W żałobie po Marku Darcym
Dzisiejszy post będzie dziwaczno-smutny, ale też ja sama czuję się dziwacznie-smutno po przeczytaniu trzeciej części dziennika Bridget Jones "Szalejąc za facetem".
Uwaga: post będzie zawierał SPOILERY - osoby, które dopiero zamierzają przeczytać książkę niech W TYM MOMENCIE OPUSZCZĄ TĘ STRONĘ. Nie chcę nikomu psuć radości czytania, ale nie dam rady podzielić się moimi refleksjami bez ujawnienia paru faktów z książki.
Zacznę może od tego, że Bridget i jej dziennik towarzyszą mi od czasów późniejszej podstawówki, poprzez gimnazjum i liceum aż do dnia dzisiejszego. Gdy przeczytałam pierwszą część, sama byłam mentalnie podlotkiem i nawet nie wszystko w 100% rozumiałam (zwłaszcza odniesienia do ówczesnej brytyjskiej popkultury). Mimo to pokochałam główną bohaterkę, Jude, Shazzer i Toma, a później marzyłam o swoim własnym Marku Darcym. "W pogoni za rozumem" tylko tę miłość wzmocniło i podsyciło moje dziewczęce marzenia o wielkomiejskim życiu kobiety niezależnej, która w końcu znajduje właściwego faceta. Obie książki są dzisiaj doszczętnie zaczytane, a ja w dalszym ciągu potrafię z nich wyciągnąć "coś nowego", pomimo, że z wiekiem całkowicie zmieniło się moje podejście do treści ;)
Na trzecią część rzuciłam się zachłannie wczoraj wieczorem, siedząc w pociągu, który wiózł mnie do rodziców na weekend. Czekałam bardzo długo na tę książkę, która w oryginale ukazała się parę miesięcy temu. Wiedziałam z internetowych przecieków, że Bridget się postarzała, ma dwoje dzieci i że Mark Darcy zginął śmiercią tragiczną. Nie bardzo wiedziałam czego się dokładnie spodziewać, ale zakładałam, że jednak Bridget = dużo śmiechu i celnych komentarzy na temat rzeczywistości.
Skończyłam czytać jakąś godzinę temu. Książka jest długa - polskie wydanie ma 581 stron. Nie czyta się tego tak łatwo, jak poprzednie części. Zmieniła się atmosfera, zmieniły się realia, bohaterowie żyją w innej rzeczywistości. Nagrania na automatycznych sekretarkach zostały zastąpione przez smsy. Jude wpadła w obsesję internetowych związków zawieranych poprzez portale randkowe (rozwiodła się z Podłym Richardem), Tom kompromituje się na facebooku, a Bridget całymi dniami siedzi na tweeterze. W "obsadzie" zabrakło Shazzer (wyprowadziła się gdzieś z mężem - nie wiadomo, czy jest nim Simon, czy ktoś inny), w jej miejsce Fielding wprowadziła Thalitę - wieloletnią przyjaciółkę wszystkich wymienionych wyżej, która pomimo 60 lat na karku nie uznaje czegoś takiego, jak starość (ma przedłużone włosy, ostrzykuje się botoksem itd.). Standardowo wszyscy mają różne problemy mniej lub bardziej poważne, które próbują leczyć alkoholem we własnym gronie. Ale to już nie jest to.
Strasznie brakuje Marka - i Bridget, i czytelnikowi. Widmo tej postaci przewija się przez całą książkę w formie krótkich, ale bolesnych wspomnień, a przede wszystkim materializuje się w osobie syna jego i Bridget, ośmioletniego Billy'ego, który jest bardzo podobny do ojca ("Te same oczy, te same ciemne oczy pełne bólu.") . Muszę przyznać, że autentycznie miałam łzy w oczach, czytając, jak Bridget wspomina chwile z ich małżeństwa albo pisze list do zmarłego męża ("Tak za Tobą, kurwa, tęsknię"). Nie żyje też ojciec Bridget (który był bardzo ważną postacią w poprzednich częściach), ani "wujek" Geoffrey. To wszystko są epizody, ale rzutują na klimat całej książki, której nie nazwałabym już zbyt zabawną. Wyraźny wątek przemijania sprawił, że lektura zaczęła mi ciążyć. Najprawdopodobniej dlatego, że ja też się postarzałam - razem z Bridget. To dla mnie nowe doświadczenie, przypomnieć sobie o nieuchronnym upływie czasu pod wpływem książki, która miała mi zapewnić dużo śmiechu.
Czy to znaczy, że w ogóle nie jest śmiesznie? Nie całkiem, bo Bridget to jednak Bridget i nadal ma całą masę absurdalnych wypadków, nadal jest niekompetentna i zalicza wpadkę za wpadką. Trochę to mało wiarygodne, biorąc pod uwagę, że jest już po 50-tce, ale bez problemu można w niej odnaleźć dawną niefrasobliwość i ignorancję. Umawia się z niespełna 30-letnim "chłoptasiem", ale jest to związek czysto seksualny i od początku wiadomo, że nie będzie z tego nic poważnego. Uważny czytelnik szybko "wyłapie", który z bohaterów zostanie "tym właściwym" partnerem, z którym ostatecznie zwiąże się nasza bohaterka.
Duży plus za obecność Daniela Cleavera, którego losy rozwinęły się sposób całkowicie logiczny dla tego typu osobowości (Daniel pije, ćpa, czesze córkę Bridget - Mabel widelcem, zalicza odwyki itd.). No i jest jeszcze matka Bridget, która aktualnie mieszka z Uną w hipernowoczesnym "domu spokojnej starości" wyposażonym w SPA i odbywa świąteczne rejsy wycieczkowcami. I nadal dzwoni do Bridget.
Mój "problem" z tą książką polega na tym, że wydaje mi się ona pełna sprzeczności. Czytając, jakoś nie umiałam sobie wyobrazić 50-letniej Bridget w kozaczkach do pół uda (zwłaszcza biorąc pod uwagę jej nadwagę) i podstarzałej Jude, która umawia się z różnymi zboczeńcami przez internet. To wszystko byłoby całkowicie "naturalne", gdyby bohaterowie nadal mieli po 30 lat. Może mam jakieś złe wyobrażenia o "wieku średnim" ale zwyczajnie mi to nie pasowało, tak jakby wszystkich "opakowano" w zbyt stare ciała. No i Bridget jest przecież wdową i samotną matką - teoretycznie, nawet biorąc pod uwagę jej charakter, powinny jej się chociaż trochę uporządkować priorytety w życiu. Jednocześnie ciąży nad nią cień tej nieodwołalnej życiowej straty, miewa chwile załamania i momenty, gdy nie jest w stanie nawet się porządnie ubrać. Ale parę stron później już wypisuje bzdury na tweeterze i obsesyjnie sprawdza liczbę obserwujących. Jedno nie pasuje do drugiego, przynajmniej w znanej mi rzeczywistości.
Nie bardzo wiem, jak podsumować te wszystkie wywody. Piszę "na gorąco" i ciągle mam w głowie różne fragmenty powieści, mieszają mi się odczucia. Książkę na pewno przeczytam za jakiś tydzień od nowa, powoli i na spokojnie. Uśmiercenie Marka było bardzo radykalnym zabiegiem, ale z punktu widzenia autorki jest on zrozumiały - o czym miałaby pisać, gdyby Bridget "żyła długo i szczęśliwie"? Cała koncepcja postaci od początku opierała się na jej walce z samotnością i dążeniu do znalezienia "właściwego mężczyzny". Ale ciąży mi poczucie, że z lekturą tej części coś utraciłam, że gdzieś zniknęła mi "tamta" Bridget, coś się z nią stało. Jestem tym autentycznie przygnębiona, bo runęło jakieś moje wyobrażenie postaci. Idę to przetrawić w samotności i jednocześnie zapraszam do dyskusji wszystkie osoby, które nową Bridget przeczytały :)
Uwaga: post będzie zawierał SPOILERY - osoby, które dopiero zamierzają przeczytać książkę niech W TYM MOMENCIE OPUSZCZĄ TĘ STRONĘ. Nie chcę nikomu psuć radości czytania, ale nie dam rady podzielić się moimi refleksjami bez ujawnienia paru faktów z książki.
grafika pobrana ze strony http://www.matras.pl
Zacznę może od tego, że Bridget i jej dziennik towarzyszą mi od czasów późniejszej podstawówki, poprzez gimnazjum i liceum aż do dnia dzisiejszego. Gdy przeczytałam pierwszą część, sama byłam mentalnie podlotkiem i nawet nie wszystko w 100% rozumiałam (zwłaszcza odniesienia do ówczesnej brytyjskiej popkultury). Mimo to pokochałam główną bohaterkę, Jude, Shazzer i Toma, a później marzyłam o swoim własnym Marku Darcym. "W pogoni za rozumem" tylko tę miłość wzmocniło i podsyciło moje dziewczęce marzenia o wielkomiejskim życiu kobiety niezależnej, która w końcu znajduje właściwego faceta. Obie książki są dzisiaj doszczętnie zaczytane, a ja w dalszym ciągu potrafię z nich wyciągnąć "coś nowego", pomimo, że z wiekiem całkowicie zmieniło się moje podejście do treści ;)
Na trzecią część rzuciłam się zachłannie wczoraj wieczorem, siedząc w pociągu, który wiózł mnie do rodziców na weekend. Czekałam bardzo długo na tę książkę, która w oryginale ukazała się parę miesięcy temu. Wiedziałam z internetowych przecieków, że Bridget się postarzała, ma dwoje dzieci i że Mark Darcy zginął śmiercią tragiczną. Nie bardzo wiedziałam czego się dokładnie spodziewać, ale zakładałam, że jednak Bridget = dużo śmiechu i celnych komentarzy na temat rzeczywistości.
Skończyłam czytać jakąś godzinę temu. Książka jest długa - polskie wydanie ma 581 stron. Nie czyta się tego tak łatwo, jak poprzednie części. Zmieniła się atmosfera, zmieniły się realia, bohaterowie żyją w innej rzeczywistości. Nagrania na automatycznych sekretarkach zostały zastąpione przez smsy. Jude wpadła w obsesję internetowych związków zawieranych poprzez portale randkowe (rozwiodła się z Podłym Richardem), Tom kompromituje się na facebooku, a Bridget całymi dniami siedzi na tweeterze. W "obsadzie" zabrakło Shazzer (wyprowadziła się gdzieś z mężem - nie wiadomo, czy jest nim Simon, czy ktoś inny), w jej miejsce Fielding wprowadziła Thalitę - wieloletnią przyjaciółkę wszystkich wymienionych wyżej, która pomimo 60 lat na karku nie uznaje czegoś takiego, jak starość (ma przedłużone włosy, ostrzykuje się botoksem itd.). Standardowo wszyscy mają różne problemy mniej lub bardziej poważne, które próbują leczyć alkoholem we własnym gronie. Ale to już nie jest to.
Strasznie brakuje Marka - i Bridget, i czytelnikowi. Widmo tej postaci przewija się przez całą książkę w formie krótkich, ale bolesnych wspomnień, a przede wszystkim materializuje się w osobie syna jego i Bridget, ośmioletniego Billy'ego, który jest bardzo podobny do ojca ("Te same oczy, te same ciemne oczy pełne bólu.") . Muszę przyznać, że autentycznie miałam łzy w oczach, czytając, jak Bridget wspomina chwile z ich małżeństwa albo pisze list do zmarłego męża ("Tak za Tobą, kurwa, tęsknię"). Nie żyje też ojciec Bridget (który był bardzo ważną postacią w poprzednich częściach), ani "wujek" Geoffrey. To wszystko są epizody, ale rzutują na klimat całej książki, której nie nazwałabym już zbyt zabawną. Wyraźny wątek przemijania sprawił, że lektura zaczęła mi ciążyć. Najprawdopodobniej dlatego, że ja też się postarzałam - razem z Bridget. To dla mnie nowe doświadczenie, przypomnieć sobie o nieuchronnym upływie czasu pod wpływem książki, która miała mi zapewnić dużo śmiechu.
Czy to znaczy, że w ogóle nie jest śmiesznie? Nie całkiem, bo Bridget to jednak Bridget i nadal ma całą masę absurdalnych wypadków, nadal jest niekompetentna i zalicza wpadkę za wpadką. Trochę to mało wiarygodne, biorąc pod uwagę, że jest już po 50-tce, ale bez problemu można w niej odnaleźć dawną niefrasobliwość i ignorancję. Umawia się z niespełna 30-letnim "chłoptasiem", ale jest to związek czysto seksualny i od początku wiadomo, że nie będzie z tego nic poważnego. Uważny czytelnik szybko "wyłapie", który z bohaterów zostanie "tym właściwym" partnerem, z którym ostatecznie zwiąże się nasza bohaterka.
Duży plus za obecność Daniela Cleavera, którego losy rozwinęły się sposób całkowicie logiczny dla tego typu osobowości (Daniel pije, ćpa, czesze córkę Bridget - Mabel widelcem, zalicza odwyki itd.). No i jest jeszcze matka Bridget, która aktualnie mieszka z Uną w hipernowoczesnym "domu spokojnej starości" wyposażonym w SPA i odbywa świąteczne rejsy wycieczkowcami. I nadal dzwoni do Bridget.
Mój "problem" z tą książką polega na tym, że wydaje mi się ona pełna sprzeczności. Czytając, jakoś nie umiałam sobie wyobrazić 50-letniej Bridget w kozaczkach do pół uda (zwłaszcza biorąc pod uwagę jej nadwagę) i podstarzałej Jude, która umawia się z różnymi zboczeńcami przez internet. To wszystko byłoby całkowicie "naturalne", gdyby bohaterowie nadal mieli po 30 lat. Może mam jakieś złe wyobrażenia o "wieku średnim" ale zwyczajnie mi to nie pasowało, tak jakby wszystkich "opakowano" w zbyt stare ciała. No i Bridget jest przecież wdową i samotną matką - teoretycznie, nawet biorąc pod uwagę jej charakter, powinny jej się chociaż trochę uporządkować priorytety w życiu. Jednocześnie ciąży nad nią cień tej nieodwołalnej życiowej straty, miewa chwile załamania i momenty, gdy nie jest w stanie nawet się porządnie ubrać. Ale parę stron później już wypisuje bzdury na tweeterze i obsesyjnie sprawdza liczbę obserwujących. Jedno nie pasuje do drugiego, przynajmniej w znanej mi rzeczywistości.
Nie bardzo wiem, jak podsumować te wszystkie wywody. Piszę "na gorąco" i ciągle mam w głowie różne fragmenty powieści, mieszają mi się odczucia. Książkę na pewno przeczytam za jakiś tydzień od nowa, powoli i na spokojnie. Uśmiercenie Marka było bardzo radykalnym zabiegiem, ale z punktu widzenia autorki jest on zrozumiały - o czym miałaby pisać, gdyby Bridget "żyła długo i szczęśliwie"? Cała koncepcja postaci od początku opierała się na jej walce z samotnością i dążeniu do znalezienia "właściwego mężczyzny". Ale ciąży mi poczucie, że z lekturą tej części coś utraciłam, że gdzieś zniknęła mi "tamta" Bridget, coś się z nią stało. Jestem tym autentycznie przygnębiona, bo runęło jakieś moje wyobrażenie postaci. Idę to przetrawić w samotności i jednocześnie zapraszam do dyskusji wszystkie osoby, które nową Bridget przeczytały :)
wtorek, 25 lutego 2014
Ogórkiem po twarzy z Vanedo Beauty Friends
Witam wszystkich wieczorową porą :) Jak widać, blogowe plany na luty zostały nieco zmodyfikowane - nie chcę już wdawać się w szczegółowe wyjaśnienia, ale z powodu m.in. mojej choroby ("alergia" na powiece jednak nie jest alergią i skończyło się na antybiotyku) nie jestem chwilowo w stanie technicznie przeprowadzić stosownych testów (np. z kolorówki) i ich dokumentacji zdjęciowej. Ale, ale - co się odwlecze, to nie uciecze - wszystkie zaplanowane posty na pewno się pojawią, jak nie teraz, to w marcu :)
A co dzisiaj? Kiedyś, dawno temu wspominałam o maseczkach Vanedo i opisywałam wersję z wyciągiem z bylicy. Jeszcze przed przyplątaniem się infekcji przetestowałam wersję z ogórkiem i o niej dzisiaj słów kilka :)
Vanedo Beauty Friends Cucumber Essence Sheet Mask
Czym są sheet mask, zakładam, że wszyscy wiemy ale na wszelki wypadek zaznaczę, że chodzi o maski w formie płacht papieru/materiału, które są nasączone dobroczynnymi składnikami. Po użyciu takiej maseczki nie zmywamy buzi, tylko pozwalamy, żeby resztki esencji wchłonęły się do matu :)
Ta konkretna wersja ma za zadanie nawilżyć, zmiękczyć i ukoić naszą skórę. Ekstrakt z ogórka ma być tutaj pomocny w zwężeniu porów. Brzmi jak produkt w sam raz dla mnie :P Poniżej macie instruktaż pisemny i obrazkowy :)
A co dzisiaj? Kiedyś, dawno temu wspominałam o maseczkach Vanedo i opisywałam wersję z wyciągiem z bylicy. Jeszcze przed przyplątaniem się infekcji przetestowałam wersję z ogórkiem i o niej dzisiaj słów kilka :)
Vanedo Beauty Friends Cucumber Essence Sheet Mask
Ta konkretna wersja ma za zadanie nawilżyć, zmiękczyć i ukoić naszą skórę. Ekstrakt z ogórka ma być tutaj pomocny w zwężeniu porów. Brzmi jak produkt w sam raz dla mnie :P Poniżej macie instruktaż pisemny i obrazkowy :)
Ostatnio miałam trochę gorzej nawilżoną skórę (zaniedbałam się w tej sesji) więc ochoczo sięgnęłam po maseczkę. Oczyściłam twarz, stonizowałam i nałożyłam sobie maseczkę, co widać na zdjęciu poniżej ;)
Płachta była bardzo dobrze nasączona, ale nic nie ściekało mi po szyi, więc mogłam sobie spokojnie poczekać przepisowe 15 minut, otoczona delikatnym, ogórkowym zapachem.
Co z działaniem?
Gdy zdjęłam maseczkę, byłam zdziwiona, jak niewiele esencji zostało na skórze. W przypadku wersji z bylicą płynu zostawało bardzo dużo i musiałam go wręcz ścierać częściowo z buzi. Tym razem nie było czego, w dodatku pozostałości bardzo szybko się wchłonęły. Najwyraźniej moja skóra naprawdę potrzebowała takiego domowego zabiegu.
Maseczka mnie nie podrażniła, ani nie zapchała. Skóra znacznie zyskała na sprężystości i została wygładzona - efekt utrzymał się jeszcze ok. 2 dni po aplikacji. Pory naprawdę zostały widocznie zmniejszone - za to największy plus.
Maseczka spełniła moje oczekiwania i chętnie zakupię sobie kilka sztuk na zapas :)
Znacie Vanedo? Lubicie sheet mask? ;)
poniedziałek, 10 lutego 2014
Oczy niebieskie od telewizorów
Nie jestem zagorzałym telewidzem - tak naprawdę to nawet nie posiadam odbiornika w moim warszawskim mieszkaniu. To medium nigdy mnie szczególnie nie interesowało, bo moim "oknem" na świat jest raczej Internet. Równie słaby pociąg odczuwam do występów przed kamerą, nie cierpię na żadne "parcie na szkło" ani nic z tych rzeczy. Dlatego gdy zadzwoniła do mnie kumpela z roku z pytaniem, czy chcę wziąć udział w programie "Tomasz Lis na żywo" w pierwszej chwili nie wiedziałam, co jej odpowiedzieć. W sumie czemu nie? Mój chłopak wyraził zainteresowanie tematem, więc oboje zostaliśmy zgłoszeni na listę lisowskiej publiczności.
Nie wiem, ile z Was (jeśli w ogóle) ogląda ten program - ja na przykład wcale. Kojarzyłam tylko, że jest raczej kameralny no i na żywo. Jego specyfiką jest to, że do ostatniego momentu nie wiadomo, kto będzie gościem w danym odcinku. Porusza się tam głównie aktualne sprawy, więc spodziewaliśmy się czegoś odnośnie włocławskiego szpitala i śmierci bliźniąt. I faktycznie, w tym konkretnym odcinku jednym z tematów były lekarskie zaniedbania dotyczące porodów. Zaproszono rodziców, których dziecko właśnie wskutek skandalicznego braku opieki urodziło się z poważnymi uszkodzeniami mózgu. Dla poszerzenia spojrzenia na temat przewidziano obecność "ekspertów" - zdaje się, że jakichś lekarzy (ale niezwiązanych z tym konkretnym przypadkiem). Poza tym tego dnia na wizji pojawił się niedoszły samobójca i człowiek, który go uratował oraz Ilona Łepkowska z Czesławem Bieleckim (aby porozmawiać na temat ataków na Owsiaka i WOŚP). Jak widzicie, trafił mi się bogaty repertuar.
Zdjęcie zrobione telefonem przez mojego chłopaka
Program Lisa zaczyna się o 21:50. Nam, publiczności, kazano pojawić się w studio już ok. 20:30, czyli prawie półtorej godziny przed emisją. Dojechaliśmy sobie bezproblemowo metrem i byliśmy o czasie na miejscu. Po oddaniu kurtek do szatni ustawiliśmy się w kolejce do przejścia przez bramki, gdzie weryfikowano naszą tożsamość i odhaczano nasze nazwiska na liście. Gdy już ustalono, że my to my, poprowadzono nas do studio. Naszą czwórkę (mnie, mojego chłopaka i dwie koleżanki z roku) poproszono o zajęcie miejsc w pierwszym rzędzie po prawej. Szczerze mówiąc, byłam zaskoczona, bo myślałam, że w takich programach na przedzie sadza się zwykle potencjalnych "zadymiarzy" - członków młodzieżówek itd. Tego dnia jednak najwyraźniej zabrakło takowych albo po prostu tematy nie były dość polityczno-kontrowersyjne ;) Ludzi generalnie nie było za wiele i technicy byli zmuszeni zlikwidować 3-ci rząd krzesełek. Niską frekwencję tłumaczę sobie tym, że za udział w programie Lisa nie ma zapłaty (co wcale nie jest regułą!), a emisja ma miejsce na początku tygodnia w raczej późnych godzinach wieczornych. Komu by się chciało poza takimi ciekawskimi studenciakami jak my? :D A jednak na widowni przeważała średnia wieku zdecydowanie 30 i 40+ - znaczna część tych ludzi to ewidentnie stali bywalcy (mogłam to wywnioskować chociażby z prowadzonych dialogów).
Około 21 pojawił się bardzo wyluzowany pan kierownik planu (nie jestem pewna, czy tak nazywa się to stanowisko, ale umówmy się, że tak :P) i jakaś podenerwowana pani. Objaśniono nam co i jak:
1. Zaraz po "M jak miłość" mamy zajawkę, podczas której prowadzący zapowie (odczytując tekst z telepromptera) dzisiejsze tematy na żywo.
2. Mamy ładnie klaskać wszystkim gościom na powitanie/pożegnanie, na zakończenie programu zaś wstać.
3. W trakcie programu mamy reagować "spontanicznie" :D
4. Mamy dobrze się bawić ;)
Pan kierownik wytłumaczył nam jeszcze "step by step" etapy programu (np. skąd będzie wychodził Lis), a jego towarzyszka poprosiła nas o hm, z braku lepszego słowa, aplauz "gdy pojawi się Tomasz Lis", bo "on to bardzo lubi". Moim zdaniem było to trochę żenujące, no ale cóż, gwiazda to gwiazda :P
Rzeczony gwiazdor wkroczył do studio w okolicach 20:30 i oczywiście powitaliśmy go oklaskami. Lis natomiast nie raczył powiedzieć zwykłego "dobry wieczór" ani nawet spojrzeć w stronę publiki - no cóż, tło jest tylko tłem :P Ironizuję sobie, ale osobiście muszę Wam wyznać, że zawsze odbierałam tego faceta jako, cóż... dupka (nie kwestionując jego dokonań zawodowych). Miałam okazję utwierdzić się w tym poglądzie obserwując na żywo jego zachowanie i sposób bycia... raczej arogancki, ale być może nie mnie to oceniać - dzielę się z Wami tylko luźną refleksją.
Powiem Wam, że w dużej mierze wszystko to wyglądało "jak na filmach" (wiem, że brzmi to idiotycznie ale na pewno wiecie, co mam na myśli). Odliczanie sekund, bieganie po planie, pudrowanie gości i prowadzącego (próbowałam dojrzeć, jakiej marki był puder ale nie dałam rady rozpoznać :/). Atmosfera bardzo interesująca dla kogoś, kto tak jak ja, po raz pierwszy miał okazję znaleźć się w takich okolicznościach ;)
Gdy padł okrzyk "Iiiiiii... już! Jesteśmy! i ruszyło intro programu (wszystko widzieliśmy na ekranach) trochę się zestresowałam, bo dotarło do mnie, że to jest na żywo i w związku z tym należy zachowywać się stosownie (czytaj: żadnych głupich uśmiechów, szeptów do sąsiadów itd.). To uczucie minęło po kilkudziesięciu sekundach, gdy pojawili się pierwsi goście (rodzice ciężko chorego dziecka) i zaczął się program. Pojawiło się za to rozczarowanie - było naprawdę słabo słychać. Musiałam dość mocno wytężać słuch i skupić 100% uwagi na Lisie i jego rozmówcach. Podejrzewam, że to normalka - w końcu i goście, i prowadzący mają podpięte mikrofony więc nie mogą krzyczeć.
Prymitywny screen z vod z równie prymitywnym oznaczeniem :P
Jeżeli chodzi o treść i przebieg programu, to właściwie nie ma o czym pisać, bo wszystko rozgrywało się bardzo schematycznie. Ujęcia kamer powtarzały się cyklicznie - to na publiczność (nas), to na gości, to na Lisa, czy wreszcie na całe studio. W trakcie każdej z 4 rozmów filmowano nas też przenośną kamerą, z którą przemieszczał się jeden z operatorów. Moim skromnym zdaniem rozmówcy tego dnia nie byli zbyt interesujący - moją uwagę zwrócili jedynie rodzice chorego dziecka (przykro było słuchać o takich okropnościach) i ostatnia para, czyli Łepkowska i Bielecki (z racji tego, że faktycznie mieli coś do powiedzenia). "Eksperci" maglowani odnośnie kondycji służby zdrowia rzucali tylko nic nie znaczące frazesy i ogólniki, z kolei para: samobójca i wybawiciel (nie ironizuję) wg mnie była wstawiona jako "wypełniacz". Chłopak, który chciał skoczyć z mostu był wyraźnie w złym stanie psychicznym i nie chciał, bądź też nie mógł rozmawiać - bez sensu zaciągnięto go na plan. Jego towarzysz nadrabiał elokwencją za niego i za siebie, co na mnie robiło złe wrażenie - brzmiał nazbyt pompatycznie.
Po skończonej emisji po prostu opuściliśmy studio i budynek, ruszając do domu. Zgodnie uznaliśmy, że było to ciekawe ale nie na tyle, żeby przychodzić ponownie - w każdym razie nie na plan tego konkretnego programu. Jeżeli chodzi o moje osobiste refleksje (wyłączając te zawarte powyżej) to cóż... Realizacja programu od strony technicznej nawet tak kameralnego programu wymaga sporego zaplecza technicznego i zgranego zespołu. Wszystko wyglądało bardzo profesjonalnie i było dobrze zorganizowane.
To, co jest z mojego punktu widzenia dość ponure to fakt, że telewizja jest niczym innym, jak maszynką przemielającą wszystko na mało wysublimowaną rozrywkę. Miałam okazję widzieć to na żywo, od środka - przychodzą do studio ludzie, których spotkała straszna tragedia. Sadza się ich na fotelach, poucza o przebiegu programu i oni odpowiadają na beznamiętne pytania prowadzącego. Obnażają na wizji swoją krzywdę, wyzbywają się intymności. Być może jest to w pewnym sensie słuszne - pewnie trzeba upubliczniać takie sprawy, żeby uświadamiać społeczeństwo, żeby piętnować winnych i kaleki system. Ale z drugiej strony to raczej straszne i o tym myślałam, patrząc na nich, a później na niedoszłego samobójcę - ja bym chyba nie potrafiła w ten sposób. Bo telewizja nie oddaje rzeczywistości, tylko stwarza jej własną wersję - uproszczoną, spłyconą. Ja tutaj nie dostrzegam żadnej wyraźnej misji społecznej, widzę tylko pieniądze i budowanie karier przez dziennikarzy. Nie wiem, czy wyrażam się dostatecznie jasno. Widziałam tragedię, którą jak jakieś tworzywo "wsadza się" w formy i przerabia na rozrywkę dla mas. Nic nowego, ja wiem ;) Ale i tak zrobiło to na mnie wrażenie, jednak od środka wygląda to trochę inaczej niż na samym ekranie.
Rozpisałam się, mam nadzieję, że chociaż względnie interesująco. Jeżeli nie bardzo - zwróćcie mi uwagę w komentarzach. A jeśli ktoś z Was będzie miał okazję znaleźć się w TV to ja osobiście polecam jako jeszcze jedno, niewątpliwie ciekawe, doświadczenie życiowe.
Odcinek, o którym pisałam można zobaczyć TUTAJ.
A ta piosenka podsumowuje wszystko. Swoją drogą polecam również muzycznie ;)
wtorek, 28 stycznia 2014
Luty - zajawki i propozycje
źródło: http://www.rebellesociety.com/
Jak wiemy, gdy trzeba się uczyć to do głowy przychodzą najlepsze pomysły (tyle tylko, że nie mające związku z nauką). Właśnie robię sobie małą przerwę w nauce na najbliższe 3 (sic!) egzaminy, żeby opowiedzieć Wam na szybko o moich planach notkowych na luty.
Kosmetycznie
Akcja "Czysty nos" <-- nagromadziło mi się trochę specyfików do walki z "kropkami" na nosie. Pomyślałam sobie, że może warto by upublicznić moje zmagania i ich efekty :P W związku z tym planuję cykl notek (albo jedną większą notkę) poświęconych upiornym "blackheads"!
Kredką machając <-- w moich zbiorach znalazły się kolejne wodoodporne kredki Holika Holika. Sprawdzę dla Was, czy faktycznie są takie wodoodporne i spróbuję wyciągnąć z nich maksimum - będziemy malować kreski :)
Nowa współpraca <-- A tak, Dr.Organic i ja :P Dzięki uprzejmości pewnego nowego sklepu mam możliwość zapoznania się z nowymi produktami tej przyjemnej marki bez konieczności ściągania ich na własną rękę z UK :) Testy już się zaczęły, za czas jakiś pojawi się sprawozdanie.
Mam kilka pomysłów, ale nie jestem pewna co Wy na to?
- Dotarło do mnie moje pierwsze zamówienie z Sammydress - czy jestem zadowolona, jak się ma rzeczywistość do sklepowego opisu i czy jeszcze tam wrócę - jeżeli chcecie, to chętnie odpowiem na te pytania w formie ilustrowanej notki :)
- Robiąc za tło w telewizji - tak, znalazłam się tam zupełnie przypadkiem i wzięłam udział w programie "na żywo". Dostarczyło mi to sporej porcji wrażeń i sprowokowało do pewnych obserwacji - wanna read? :P
- Stare i nowsze filmy, które warto obejrzeć (wg mnie) - tak to ze mną jest, że oglądam więcej starych filmów, niż nowych. Wybieram zwykle produkcje mało popularne i zaskakująco często trafiam na perełki. Chcecie takiej subiektywnej notki? :)
P.S. Bardzo przepraszam za spadek aktywności na Waszych blogach - staram się przynajmniej pobieżnie przeglądać nowe notki, ale nie mam aktualnie czasu/głowy do wczytywania się, a bezsensownych komentarzy wpisywać nie będę. Nadrobię to wszystko, obiecuję!
wtorek, 21 stycznia 2014
Sesja...
źródło: http://www.fanpop.com
środa, 15 stycznia 2014
Po-urodzinowo i takie tam :)
Hej :) Dzisiejszym postem chcę uwiecznić moje wczorajsze urodziny, które spędziłam wyjątkowo przyjemnie. Wspomnienia oczywiście pozostaną ze mną, ale nie zaszkodzi zapis "na świeżo" - miło mi będzie potem to sobie przeczytać, choćby w chwili gorszego nastroju ;)
źródło: http://pusheen.com/
Zacznę może od tego, że nie spodziewałam się żadnych fajerwerków - urodziny jak urodziny, co roku to samo haha ;) A tak na poważnie to w świetle kolokwium przewidzianego na dzień następny (czyli dzisiaj, na szczęście już po) zakładałam raczej dosyć zwyczajnie spędzony dzień z nauką w tle. Ale nie było mi to dane ;)
Musiałam wstać na wykład o 8. Szykując sobie śniadanie jeszcze przed godziną 7 już odczytywałam pierwsze wiadomości z życzeniami. Głównie z fb ale także zwyczajne smsy :) Dzień wcześniej zablokowałam możliwość dodawania postów na mojej tablicy, żeby uniknąć tego powielanego po kilkadziesiąt razy "sto lat" - ani to specjalnie szczere (w większości wypadków), ani żaden lans. Byłam więc mile zaskoczona, że naprawdę dużo osób wysiliło się na tyle, żeby napisać na priv i to coś od siebie - to naprawdę miłe uczucie, przez cały dzień odbierać takie wiadomości ^^
Po powrocie z uczelni odebrałam telefon od cioci, która nakazała wybrać mi lokal, bo zaprasza mnie na urodzinowy obiad - to się ucieszyłam! Miałam od kilku dni straszną ochotę na kuchnię orientalną, więc wybór padł na pobliską restaurację Spring Roll.
źródło: https://www.facebook.com/SpringRollCuisine
Zamówiłam sobie różne pyszne rzeczy ^w^: chrupiące pierożki won ton na przystawkę, na główne pad thai z kurczakiem i jeszcze banany w cieście na deser <rozpusta> Wszystko było przewspaniałe, a sam lokal bardzo mi się spodobał - na pewno tam wrócę!
Po konsumpcji ciocia oświadczyła, że zabiera mnie na zakupy (!) i kazała wybrać dowolny sklep. Zdecydowałam się na Mohito, bo ostatnie kolekcje bardzo mnie nęciły.
źródło: http://blog.mohito.pl/ (to nie jest dokładnie ten salon, zdjęcie przykładowe :P)
Dziewczyny, nie muszę Wam tłumaczyć jakie to wspaniałe - przebierać i wybierać w sklepie, ze świadomością, że ktoś inny płaci haha ^^ Moja ciocia jest bardzo młodzieżowa (określenie "ciocia" totalnie do niej nie pasuje, normalnie mówię jej po imieniu) i zakupy z nią to sama przyjemność. Samodzielnie wybrałam sobie dwie bluzeczki i kardigan, a ona do tego "dołożyła" mi małą czarną z nowej kolekcji - prostą w formie z oryginalnym dołem - obszytym błyszczącą łuską (czymś w tym rodzaju). Wszystko jest prześliczne, ale nie będę już Was męczyła zdjęciami ;)
Na zakończenie pochwalę się prezentem zbiorczym od moich rodziców i chłopaka, który również samodzielnie sobie wybrałam.
Ileż czasu mi zajęło podjęcie decyzji! Od tygodni chodziłam po Sephorach i innych Douglasach z naręczem pasków i wąchałam, wąchałam, wąchałam. Wybór perfum to niesamowicie trudna sprawa. Ostatecznie stanęło na Kenzo Le monde est beau (moje "stare" perfumy to też Kenzo - mam jakąś słabość) - bardzo świeży i oryginalny zapach. Ja czuję w nim np. gałązkę pomidora! :) Na wieczór i większe wyjścia wybrałam sobie Versace Crystal Noir - na pewno wiele z Was zna ten zapach, mi się bardzo podoba ^^
Takie to były urodziny :3 W weekend ciąg dalszy, bo jadę do rodziców i uhonorują mnie też dziadkowie, więc zapowiada się przemiły rodzinny obiad ^^
Na zakończenie posta pochwalę się (nie bijcie!), że złożyłam pierwsze zamówienie w sklepie SammyDress. Oczywiście musiał mi pomóc mój chłopak, bo ja kompletnie nie ogarniam metod płatności typu paypal :P A zamówiłam tę oto spódniczkę:
źródło: http://www.sammydress.com/
Tyle tylko, że czarną ;) Jestem bardzo ciekawa czy (zakładam, że tak) i kiedy przyjdzie i jak się będzie miała w rzeczywistości do zdjęcia :P Kwota, którą wydałam jest śmieszna (ok. 25 zł) więc w razie czego (odpukać) płakać nie będę. No ale zobaczymy. Jeśli będzie ok to przewiduję dalsze zakupy, bo asortyment mają ogromny :D
Pozdrawiam Was serdecznie! :)
piątek, 20 grudnia 2013
Mikołaj przyleciał... z Korei!
Witajcie! :) Wiem, wiem, wiem - jeszcze za wcześnie, to nie ta pora. Jeszcze kilka dni. Niestety, nie mogę już wytrzymać i muszę się tym podzielić - moje drogie, pierwsza wizyta św. Mikołaja już za mną :) Przyleciał prosto z Korei i baaardzo mnie uszczęśliwił! Chcecie zobaczyć jak dokładnie? :D
Urocza paczka, prawda? ^^ Za te wspaniałości odpowiada mój cudowny partner - wiedział, o co prosić :)
Holika Holika Medi Medi Magnesium Pack - pierwszy zrealizowany punkt mojej wishlisty (KLIK). Zobaczymy, czy coś zdziała w temacie rozszerzonych porów :)
Holika Holika Wine Therapy Sleeping Mask - wersja Red Wine (przeciwzmarszczkowa). Mój pierwszy sleeping pack, jestem bardzo ciekawa efektów.
Tutaj mamy Volcanic Clay Blackhead Nose Pack firmy The Face Shop, czyli po prostu maseczkę na nos typu "peel of". Jej zadaniem jest stopniowa eliminacja czarnych kropeczek (nienawidzę ich :P). Zdecydowanie trafia w moje potrzeby, będę radośnie eksploatowała ;)
Kolejny punkt z listy, czyli mój ulubiony mizonowy Snail Recovery Gel Cream (KLIK). W samą porę, poprzednia tubka już prawie pusta :)
I jeszcze jedno życzenie z listy spełnione - It's Skin Power 10 Formula VC Effector nareszcie mój! ^W^
Poza produktami do pielęgnacji, zostałam też uszczęśliwiona kolorówką :) To słodziutkie opakowanie z serduszkiem to The Face Shop Lovely ME:EX Pastel Cushion Blusher w odcieniu Rose - przeuroczy :) Na zdjęciu nie widać, ale ma w sobie delikatne drobinki i jest bardzo soczysty.
Jewel Light Waterproof Eyeliner od Holika Holika to coś, co już dawno chciałam zakupić - te kredki zbierają w sieci same pochwały. No i proszę, odcień #11 Light Brown Amber już jest mój :) Podobnie jak róż, kredka też zawiera migoczące drobinki.
Na koniec standardowe gifty :) Tym razem są to plasterki na nos, próbki kremów "zwyczajnych" oraz BB, jakiegoś lotionu i pomidorowej maseczki Tony Moly (bardzo chętnie przetestuję). Ufff, to wszystko!
Wybaczcie mi te przechwałki, ale jestem nieprzytomna z radości ;) Straszne, jak kosmetyki mogą uszczęśliwić kobietę :P
Czego jesteście najbardziej ciekawe? O czym mam napisać w pierwszej kolejności? :)
wtorek, 3 grudnia 2013
Wishlista, czyli czekając na Mikołaja ;)
Hej :) Ostatnio często natykam się na posty w rodzaju "list do Mikołaja" i bardzo mi się to podoba - jakoś tak sprawia mi przyjemność takie "przeglądanie marzeń" (niektóre są naprawdę wyjątkowe!) :) To bardzo odprężające i po prostu miłe.
Postanowiłam przyłączyć się do tego sympatycznego trendu i stworzyłam moją własną wishlistę świąteczną, którą możecie podziwiać poniżej:
1. "Wielki Gatsby" na DVD - udana ekranizacja mojej ukochanej powieści, którą po prostu muszę mieć u siebie na półce celem wykonania dokładnej analizy i powtarzania tej uczy dla oka :)
2. Nauszniko-słuchawki - uwielbiam nauszniki ale ciężko się pod nimi montuje słuchawki douszne. Takie rozwiązanie 2w1 wydaje się być dla mnie stworzone :)
3. Mizon, Snail Recovery Gel Cream - mój ukochany żel na dzień, obecne opakowanie powoli robi się puste...
4. Opaska do włosów - od czasu premiery Gatsby'iego zakochałam się w tego rodzaju ozdobach "na bogato" :)
5. Wacław Niżyński "Dziennik" - Niżyński to moja najnowsza obsesja. Dla niezorientowanych: Niżyński był genialnym tancerzem i choreografem baletowym, którego karierę złamała schizofrenia. "Dziennik" to jego notatki i przemyślenia sporządzone już pod wpływem choroby.
6. Zestaw kosmetyków do makijażu Eveline - mascara, eyeliner i dwufazówka do oczu. Bardzo mi się podoba to zestawienie i bardzo by mi się przydało :)
7. Holika Holika Medi Medi Magnesium Pack - od dawna kusi mnie ta seria maseczek do twarzy. Ten konkretny wariant ma za zadanie wspomagać oczyszczanie i zwężanie porów.
8. It's Skin Power 10 Formula VC Effector - w pewnym sensie kultowy krem wodny o działaniu rozświetlająco-rozjaśniającym. Również pragnę go od dawna :D
Tak to z grubsza wygląda :) Lista została przekazana odpowiednim osobom i pozostaje mi czekać na Święta :D
A jakie są Wasze świąteczne chciejstwa? :)
niedziela, 1 grudnia 2013
Krótka prezentacja - I Love Hean, #835 Milky Mango
Hej :) W końcu stało się - pomalowałam paznokcie :P Prawie zapomniałam, jak to się robi... Ale ten weekend jakiś taki długi i leniwy, więc miałam czas się pobawić. Na pierwszy ogień poszedł jeden z wygranych przeze mnie lakierów z linii I Love Hean - #835 Milky Mango.
Jak widać, kolor jest bardzo neutralny - delikatny i trochę mleczny. Od strony technicznej nie mam nic do zarzucenia temu produktowi - konsystencja jest w porządku, pędzelek poręczny, czas schnięcia przyzwoity. Krycie jest w porządku, w zasadzie już jedna warstwa wygląda ładnie, a dwie gwarantują pełnię koloru i 0 prześwitów. Przyjemna jest też niska cena - w sklepiku internetowym Hean zaledwie 4,99 ;)
Jako bazę nałożyłam Szybkoschnącą Odżywkę Top Coat z Wibo Lovely, a bezpośrednio na lakier - Turbo Dry Top Coat z Miss Sporty. Trwałość bardzo dobra, póki co 0 otarć i odprysków. Za kilka dni zedytuję notkę i dopiszę, ile czasu dokładnie wytrzymał lakier ;)
A tak to wygląda na moich paznokciach, światło dzienne.
Wybaczcie - moje dłonie nie mogłyby brać udziału w reklamie płynu do mycia naczyń :P Skórki też nie są w najlepszej formie, bo jak zwykle param się rękodziełem (ostatnio szlifuję, maluję akrylami i lakieruję werniksem). Długość paznokci też niech Was nie dziwi - taka jest dla mnie optymalna. Pewnie je trochę zapuszczę, ale niedużo, bo nie znoszę, gdy przeszkadzają mi w moim robótkach ;)
Jak Wam się podoba ten kolorek? Mnie się wydaje, że jest całkiem przyjemny i bezproblemowy :)
Jak widać, kolor jest bardzo neutralny - delikatny i trochę mleczny. Od strony technicznej nie mam nic do zarzucenia temu produktowi - konsystencja jest w porządku, pędzelek poręczny, czas schnięcia przyzwoity. Krycie jest w porządku, w zasadzie już jedna warstwa wygląda ładnie, a dwie gwarantują pełnię koloru i 0 prześwitów. Przyjemna jest też niska cena - w sklepiku internetowym Hean zaledwie 4,99 ;)
Jako bazę nałożyłam Szybkoschnącą Odżywkę Top Coat z Wibo Lovely, a bezpośrednio na lakier - Turbo Dry Top Coat z Miss Sporty. Trwałość bardzo dobra, póki co 0 otarć i odprysków. Za kilka dni zedytuję notkę i dopiszę, ile czasu dokładnie wytrzymał lakier ;)
A tak to wygląda na moich paznokciach, światło dzienne.
Wybaczcie - moje dłonie nie mogłyby brać udziału w reklamie płynu do mycia naczyń :P Skórki też nie są w najlepszej formie, bo jak zwykle param się rękodziełem (ostatnio szlifuję, maluję akrylami i lakieruję werniksem). Długość paznokci też niech Was nie dziwi - taka jest dla mnie optymalna. Pewnie je trochę zapuszczę, ale niedużo, bo nie znoszę, gdy przeszkadzają mi w moim robótkach ;)
Jak Wam się podoba ten kolorek? Mnie się wydaje, że jest całkiem przyjemny i bezproblemowy :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)








































