Sobotni wieczór trwa w najlepsze, ale ja pokażę Wam produkt, którego chętnie używam w trakcie tygodnia. W niektóre dni wracam z pracy bardziej zmęczona niż zazwyczaj - na pewno to znacie. Staram się wówczas wykorzystać te kilka wolnych godzin przed snem na skoncentrowany relaks i "pozbieranie się". Jem coś smacznego, czytam książkę, biorę pachnącą kąpiel, a na twarz nakładam maseczkę. Często jest nią Medi Medi Vita C Pack od Holika Holika :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pielęgnacja skóry twarzy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pielęgnacja skóry twarzy. Pokaż wszystkie posty
sobota, 14 lutego 2015
poniedziałek, 24 listopada 2014
Magnitone - prosto z UK
Czy to już Święta? Wiem, wiem, że jeszcze "trochę" (co też jest bardzo subiektywnym określeniem), ale zadaję to głupawe pytanie, bo właśnie tak się poczułam przedwczoraj. Szczerze mówiąc, czuję się tak w dalszym ciągu ;)
Te z Was, które w miarę regularnie podczytują mojego bloga, na pewno zauważyły, że zamieszczam sporo recenzji kosmetyków Dr. Organic. Ma to swoje proste uzasadnienie - mam w Wielkiej Brytanii krewnego, który odwiedza mnie kilka razy w roku i za każdym razem przywozi mi coś, co w Polsce jest trudno dostępne/droższe. Zazwyczaj są to właśnie (skądinąd świetne) produkty Dr. Organic, bo moja kosmetyczna mania nie jest dla nikogo w rodzinie tajemnicą (mawiają pieszczotliwie, żem pudernica). Ale tym razem dostałam coś absolutnie GENIALNEGO.
Która z Was nie marzyła o szczoteczce sonicznej do twarzy, jednocześnie zdając sobie sprawę z pewnego absurdu tego marzenia (związanego z chorą ceną Clarisonic)? ;) No właśnie. Ja to swoje marzenie już dawno pochowałam, bo kwotę ok. 650 zł (obecnie tak to wygląda w Sephorze) wolę przeznaczyć na coś, co nie będzie służyło tylko mnie samej - źle bym się z tym czuła. I nie chodzi tu o faktyczny brak możliwości finansowych (gdybym uznała, że koniecznie chcę, to spięłabym dupę i uskładała), ale o barierę natury psychologicznej - może cierpię na jakiś syndrom biedy, kto wie :D W każdym razie mój "problem" się rozwiązał, bo prosto z UK przyleciała do mnie ONA:
Te z Was, które w miarę regularnie podczytują mojego bloga, na pewno zauważyły, że zamieszczam sporo recenzji kosmetyków Dr. Organic. Ma to swoje proste uzasadnienie - mam w Wielkiej Brytanii krewnego, który odwiedza mnie kilka razy w roku i za każdym razem przywozi mi coś, co w Polsce jest trudno dostępne/droższe. Zazwyczaj są to właśnie (skądinąd świetne) produkty Dr. Organic, bo moja kosmetyczna mania nie jest dla nikogo w rodzinie tajemnicą (mawiają pieszczotliwie, żem pudernica). Ale tym razem dostałam coś absolutnie GENIALNEGO.
Która z Was nie marzyła o szczoteczce sonicznej do twarzy, jednocześnie zdając sobie sprawę z pewnego absurdu tego marzenia (związanego z chorą ceną Clarisonic)? ;) No właśnie. Ja to swoje marzenie już dawno pochowałam, bo kwotę ok. 650 zł (obecnie tak to wygląda w Sephorze) wolę przeznaczyć na coś, co nie będzie służyło tylko mnie samej - źle bym się z tym czuła. I nie chodzi tu o faktyczny brak możliwości finansowych (gdybym uznała, że koniecznie chcę, to spięłabym dupę i uskładała), ale o barierę natury psychologicznej - może cierpię na jakiś syndrom biedy, kto wie :D W każdym razie mój "problem" się rozwiązał, bo prosto z UK przyleciała do mnie ONA:
wtorek, 11 listopada 2014
Flirt z filtrem - Mizon Mela Defense
Bardzo długo opierałam się filtrom przeciwsłonecznym. Moja cera bardzo łatwo ulega zapchaniu i potrafi w dowolnym momencie ogłosić bunt, który uzewnętrznia się znienawidzonymi zaskórnikami. Dostatecznie złe jest to, że muszę używać kremów tonujących. Myśl o tym, żeby pod spód dodawać jeszcze filtr, długo była dla mnie nieznośna.
Któregoś razu postanowiłam zaryzykować i sprawdziłam, co mają w ofercie sprzedawcy, u których zamawiam kosmetyki z Korei. Po przejrzeniu asortymentu i zrobieniu researchu w sieci, zdecydowałam się na Mizon Mela Defense White Multi UV Sun Block SPF50/PA+++.
Któregoś razu postanowiłam zaryzykować i sprawdziłam, co mają w ofercie sprzedawcy, u których zamawiam kosmetyki z Korei. Po przejrzeniu asortymentu i zrobieniu researchu w sieci, zdecydowałam się na Mizon Mela Defense White Multi UV Sun Block SPF50/PA+++.
wtorek, 29 lipca 2014
Mizon, Herbsys, Natural Seed Bal-Hyo Ampoule
Ostatnie upały dosłownie zwalają mnie z nóg i naprawdę trochę boję się włączać komputer w tych temperaturach (żeby się, tfu tfu, nie przegrzał nieszczęsny). Mimo wszystko dzisiaj zaryzykuję i napiszę słów kilka o mojej aktualnie używanej ampułce na noc - Natural Seed Bal-Hyo Ampoule z linii Herbsys, marki Mizon.
Gdy ponad rok temu zakupiłam ślimaczą ampułkę Mizona, doszłam do wniosku, że bardzo mi się podoba idea wklepywania na noc "czegoś mocniejszego". Zaczęłam więc kupować ampułki. Na Natural Seed Bal-Hyo zdecydowałam się po przeczytaniu przyjemnych recenzji w sieci, no i obietnicy producenta dot. solidnego nawilżania i działania przeciwzmarczkowego.
Gdy ponad rok temu zakupiłam ślimaczą ampułkę Mizona, doszłam do wniosku, że bardzo mi się podoba idea wklepywania na noc "czegoś mocniejszego". Zaczęłam więc kupować ampułki. Na Natural Seed Bal-Hyo zdecydowałam się po przeczytaniu przyjemnych recenzji w sieci, no i obietnicy producenta dot. solidnego nawilżania i działania przeciwzmarczkowego.
sobota, 12 lipca 2014
The Face Shop One-Step BB Cleanser
Dzisiaj napiszę Wam parę słów o moim aktualnym "myjadle" do twarzy. The Face Shop One-Step BB Cleanser kupiłam daaawno temu (bo wydawało mi się, że potrzebuję, ale ofc kupowałam na zapas), ale używać zaczęłam dopiero jakieś dwa miesiące temu. Zdążyłam przez ten czas wyrobić sobie na jego temat jakąś opinię. Jeśli jesteście ciekawi, to zapraszam.
poniedziałek, 16 czerwca 2014
Aloesowe nawilżenie z Vanedo
Witajcie po przerwie :) Ostatnio było u mnie sporo zamieszania: sesja, magisterka, podróże w tę i wewtę... Teraz z kolei próbuję sobie zorganizować wakacje, trzymajcie kciuki ;)
W kwestiach pielęgnacyjnych powzięłam jakiś czas temu nowe postanowienia i staram się w nich wytrwać. Wróciłam m.in. do masaży bańką chińską (nawet nabyłam jakieś "wyszczuplające" serum <w którego działanie zbytnio nie wierzę>, żeby smarować się po :P) + masaże gąbką antycellulitową (na początku to drapanie bolało jak cholera ale teraz jest już znośnie). Diety nie są dla mnie, ćwiczyć nie lubię, a ponieważ gruba nie jestem to przynajmniej w taki sposób sobie powalczę o ładniejsze uda (rozumiane jako gładsze) ;)
Wróciłam do kuracji epiduo, którą sobie lekkomyślnie odpuściłam parę m-cy temu (bo wydawało mi się, że jest już fajnie więc nie trzeba :P) i niestety w związku z tym faktem mam pewne problemy z nawilżaniem skóry. Epiduo działa silnie złuszczająco, więc na nawilżanie trzeba poświęcić znacznie więcej czasu. Oprócz standardowych kremów pomagają mi w tym sleeping packi i maseczki. Dzisiaj pokażę Wam jedną z nich: aloeosową od Vandeo Beauty Friends.
Firma jest nam dobrze znana (na moim blogu pojawiły się recki wersji z ogórkiem [klik] oraz z wyciągiem z bylicy [klik]), "płachtowa" forma maski również.
Maseczka aloesowa ma za zadanie koić skórę twarzy oraz nawilżać, nawilżać i jeszcze raz nawilżać. Nic dziwnego, że się na nią zdecydowałam ;)
Instrukcja użycia jest standardowa: oczyszczamy buzię, aplikujemy maskę, czekamy 15-20 minut i zdejmujemy. To, co zostanie na twarzy pozostawiamy do wchłonięcia. Jak zawsze można sobie zafundować maseczkę na ciepło (podgotowując ją chwileczkę w wodzie) albo na zimno (wkładając ją na jakiś czas do lodówki). Ja nie korzystam z żadnej z tych opcji - wybieram temperaturę pokojową.
Maseczka ma bardzo ładny, aloesowy zapach i, tradycyjnie, rzadką konsystencję. Bezpośrednio po aplikacji czułam lekkie szczypanie na twarzy (już mi się tak zdarzyło podczas stosowania wersji z bylicą) ale nie panikowałam tylko odczekałam kilka minut. Po chwili nieprzyjemne uczucie ustąpiło, a ja mogłam się zrelaksować. Gdy w końcu zdjęłam maskę z twarzy, byłam zaskoczona tym, jak niewiele esencji zostało na skórze. Cera wszystko "wypiła", pozostałości też bardzo szybko się wchłonęły - niemal do matu.
Efekty? Delikatnie rozjaśniona, nawilżona skóra :) Maseczka dobrze spełniła swoje zadanie, żadnego uczulenia nie było, zapchania też nie. Mogę ją z czystym sumieniem polecić.
Jakie macie sposoby na "dodatkowe" nawilżenie? Chętnie poznam jakieś sprawdzone produkty i metody :)
W kwestiach pielęgnacyjnych powzięłam jakiś czas temu nowe postanowienia i staram się w nich wytrwać. Wróciłam m.in. do masaży bańką chińską (nawet nabyłam jakieś "wyszczuplające" serum <w którego działanie zbytnio nie wierzę>, żeby smarować się po :P) + masaże gąbką antycellulitową (na początku to drapanie bolało jak cholera ale teraz jest już znośnie). Diety nie są dla mnie, ćwiczyć nie lubię, a ponieważ gruba nie jestem to przynajmniej w taki sposób sobie powalczę o ładniejsze uda (rozumiane jako gładsze) ;)
Wróciłam do kuracji epiduo, którą sobie lekkomyślnie odpuściłam parę m-cy temu (bo wydawało mi się, że jest już fajnie więc nie trzeba :P) i niestety w związku z tym faktem mam pewne problemy z nawilżaniem skóry. Epiduo działa silnie złuszczająco, więc na nawilżanie trzeba poświęcić znacznie więcej czasu. Oprócz standardowych kremów pomagają mi w tym sleeping packi i maseczki. Dzisiaj pokażę Wam jedną z nich: aloeosową od Vandeo Beauty Friends.
Maseczka aloesowa ma za zadanie koić skórę twarzy oraz nawilżać, nawilżać i jeszcze raz nawilżać. Nic dziwnego, że się na nią zdecydowałam ;)
Maseczka ma bardzo ładny, aloesowy zapach i, tradycyjnie, rzadką konsystencję. Bezpośrednio po aplikacji czułam lekkie szczypanie na twarzy (już mi się tak zdarzyło podczas stosowania wersji z bylicą) ale nie panikowałam tylko odczekałam kilka minut. Po chwili nieprzyjemne uczucie ustąpiło, a ja mogłam się zrelaksować. Gdy w końcu zdjęłam maskę z twarzy, byłam zaskoczona tym, jak niewiele esencji zostało na skórze. Cera wszystko "wypiła", pozostałości też bardzo szybko się wchłonęły - niemal do matu.
Efekty? Delikatnie rozjaśniona, nawilżona skóra :) Maseczka dobrze spełniła swoje zadanie, żadnego uczulenia nie było, zapchania też nie. Mogę ją z czystym sumieniem polecić.
Jakie macie sposoby na "dodatkowe" nawilżenie? Chętnie poznam jakieś sprawdzone produkty i metody :)
poniedziałek, 17 marca 2014
It's skin Power 10 Formula VC Effector
Dziś wieczór trochę moich wynurzeń na temat jednego z bardziej popularnych koreańskich kosmetyków w polskiej blogosferze: It's skin Power 10 Formula VC Effector. Ja też przez długi czas bardzo pragnęłam mieć to serum i byłam zachwycona, gdy w końcu do mnie trafiło. Ale czy mój zachwyt utrzymał się na dłużej? Zapraszam do lektury.
Co mówi producent:
Intensywnie rozświetlający i rozjaśniający krem wodny (serum) do twarzy zawierający pochodną Witaminy C oraz wyciąg z zielonej herbaty, które skutecznie rozjaśniają istniejące przebarwienia na skórze i zapobiegają powstawaniu nowych. Dodatkowo, serum delikatnie wspomaga złuszczanie naskórka, dzięki czemu zmniejsza widoczność porów oraz wygładza i poprawia strukturę skóry. Dzięki systematycznemu stosowaniu, skóra wygląda młodzieńczo, promiennie i jest pełna życia.*
*opis ze strony http://beautikon.com
Co mówię JA:
Opakowanie to żółta, szklana buteleczka o pojemności 30 ml. Z boku mamy podziałkę, która pozwala ocenić ubytek kosmetyku - całkiem fajne. W zakrętkę jest wbudowany zakraplacz, którym zasysamy sobie serum. Dodatkowym zabezpieczeniem jest plastikowa nakładka na szyjkę butelki.
Serum jest wodniste (w końcu to "krem wodny"), ma mleczno-przeźroczysty kolor i delikatny, niechemiczny, cytrynowy zapach. Stosunkowo szybko się wchłania, pozostawiając na chwilę lekko klejącą powłoczkę. Po kilkunastu minutach to uczucie znika, ale moja cera mieszana się nieco błyszczy - m.in. dlatego używam tego serum tylko na noc.
Naczytałam się ogromnej ilości pochwał na temat cudownego działania tego serum. Przyznaję, miałam wobec niego spore oczekiwania - prawdopodobnie na wyrost. I pewnie dlatego jestem tym produktem nieco zawiedziona...
Używam VC Effectora już prawie dwa miesiące, dzień w dzień (a raczej noc w noc). Powiem szczerze, że nie widzę szczególnego rozjaśnienia cery. Owszem, c o ś tam się może zadziało ale jest to efekt bardzo, bardzo subtelny - po wielu przeczytanych recenzjach liczyłam, że naprawdę zauważę różnicę. Tymczasem, gdybym nie prowadziła skrupulatnej obserwacji, to pewnie bym nie wychwyciła żadnej zmiany. A i tak nie jestem na 100% pewna czy to nie moja wyobraźnia ;P
Nie znaczy to, że serum jest złe - wręcz przeciwnie, to całkiem przyjemny kosmetyk. Nie zapchało mnie (to ważne!). Skóra jest po nim miękka, pory zwężone. Mam pewne zastrzeżenia co do nawilżania - u mnie jest ono za słabe ale ok, to nie jest główne zadanie tej wersji Power 10. Cena jest okay (11-13 $), wydajność w porządku (jedno "zassanie" starcza mi na całą twarz).
Ujmę to tak: It's skin Power 10 Formula VC Effector to niezły kosmetyk, ale na pewno nie wybitny. Jeśli o mnie chodzi, to jego blogowa "legenda" w moich oczach zwyczajnie upadła. Ale innych nie będę zniechęcała - próbujcie, może bardziej Wam podejdzie. Ja w każdym razie do tej wersji już raczej nie wrócę ;)
wtorek, 25 lutego 2014
Ogórkiem po twarzy z Vanedo Beauty Friends
Witam wszystkich wieczorową porą :) Jak widać, blogowe plany na luty zostały nieco zmodyfikowane - nie chcę już wdawać się w szczegółowe wyjaśnienia, ale z powodu m.in. mojej choroby ("alergia" na powiece jednak nie jest alergią i skończyło się na antybiotyku) nie jestem chwilowo w stanie technicznie przeprowadzić stosownych testów (np. z kolorówki) i ich dokumentacji zdjęciowej. Ale, ale - co się odwlecze, to nie uciecze - wszystkie zaplanowane posty na pewno się pojawią, jak nie teraz, to w marcu :)
A co dzisiaj? Kiedyś, dawno temu wspominałam o maseczkach Vanedo i opisywałam wersję z wyciągiem z bylicy. Jeszcze przed przyplątaniem się infekcji przetestowałam wersję z ogórkiem i o niej dzisiaj słów kilka :)
Vanedo Beauty Friends Cucumber Essence Sheet Mask
Czym są sheet mask, zakładam, że wszyscy wiemy ale na wszelki wypadek zaznaczę, że chodzi o maski w formie płacht papieru/materiału, które są nasączone dobroczynnymi składnikami. Po użyciu takiej maseczki nie zmywamy buzi, tylko pozwalamy, żeby resztki esencji wchłonęły się do matu :)
Ta konkretna wersja ma za zadanie nawilżyć, zmiękczyć i ukoić naszą skórę. Ekstrakt z ogórka ma być tutaj pomocny w zwężeniu porów. Brzmi jak produkt w sam raz dla mnie :P Poniżej macie instruktaż pisemny i obrazkowy :)
A co dzisiaj? Kiedyś, dawno temu wspominałam o maseczkach Vanedo i opisywałam wersję z wyciągiem z bylicy. Jeszcze przed przyplątaniem się infekcji przetestowałam wersję z ogórkiem i o niej dzisiaj słów kilka :)
Vanedo Beauty Friends Cucumber Essence Sheet Mask
Ta konkretna wersja ma za zadanie nawilżyć, zmiękczyć i ukoić naszą skórę. Ekstrakt z ogórka ma być tutaj pomocny w zwężeniu porów. Brzmi jak produkt w sam raz dla mnie :P Poniżej macie instruktaż pisemny i obrazkowy :)
Ostatnio miałam trochę gorzej nawilżoną skórę (zaniedbałam się w tej sesji) więc ochoczo sięgnęłam po maseczkę. Oczyściłam twarz, stonizowałam i nałożyłam sobie maseczkę, co widać na zdjęciu poniżej ;)
Płachta była bardzo dobrze nasączona, ale nic nie ściekało mi po szyi, więc mogłam sobie spokojnie poczekać przepisowe 15 minut, otoczona delikatnym, ogórkowym zapachem.
Co z działaniem?
Gdy zdjęłam maseczkę, byłam zdziwiona, jak niewiele esencji zostało na skórze. W przypadku wersji z bylicą płynu zostawało bardzo dużo i musiałam go wręcz ścierać częściowo z buzi. Tym razem nie było czego, w dodatku pozostałości bardzo szybko się wchłonęły. Najwyraźniej moja skóra naprawdę potrzebowała takiego domowego zabiegu.
Maseczka mnie nie podrażniła, ani nie zapchała. Skóra znacznie zyskała na sprężystości i została wygładzona - efekt utrzymał się jeszcze ok. 2 dni po aplikacji. Pory naprawdę zostały widocznie zmniejszone - za to największy plus.
Maseczka spełniła moje oczekiwania i chętnie zakupię sobie kilka sztuk na zapas :)
Znacie Vanedo? Lubicie sheet mask? ;)
czwartek, 20 lutego 2014
Red, red wine...
...ale nie do picia tylko do wsmarowania. Konkretnie, w skórę twarzy ;) Dzisiaj chcę Wam zademonstrować mój pierwszy sleeping pack - Wine Therapy Sleeping Mask (Red Wine) koreańskiej marki Holika Holika.
Holika Holika Wine Therapy Sleeping Mask (Red Wine) to przeciwzmarszczkowa maseczka całonocna, która zawiera 10% ekstrakt z czerwonego wina, dzięki czemu nawilża i przywraca blask skórze.
Obecność Poliphenolu, który jest zawarty w czerwonym winie, przywraca skórze elastyczność i sprężystość sprawiając, że cera wygląda młodo i świeżo.
Maseczka ma właściwości peelingujące. Usuwa martwe komórki sprawiając, że powierzchnia skóry jest wyrównana i gładka.
Produkt odpowiedni do skóry pozbawionej jędrności, szarej, szorstkiej z licznymi zmarszczkami.*
Co mówi producent:
Obecność Poliphenolu, który jest zawarty w czerwonym winie, przywraca skórze elastyczność i sprężystość sprawiając, że cera wygląda młodo i świeżo.
Maseczka ma właściwości peelingujące. Usuwa martwe komórki sprawiając, że powierzchnia skóry jest wyrównana i gładka.
Produkt odpowiedni do skóry pozbawionej jędrności, szarej, szorstkiej z licznymi zmarszczkami.*
*opis ze strony http://www.myasia.pl
Co mówię JA:
Kto miał do czynienia z Holika Holika, ten wie, że mają w większości przypadków przeurocze opakowania dla swoich produktów. Tutaj mamy więc małą beczułkę wina, w komplecie ze szpatułką ;) Opakowanie jest solidne, wieczko jest szczelne i na pewno nie odkręci się nam np. w torbie. Inna sprawa, że raczej nie miałoby się co wylać :P
Konsystencja jest bardzo ciekawa - to rodzaj gęstego, półprzeźroczystego żelu-galaretki. W opakowaniu jest w stanie skupionym - gładka tafla, którą pozostaje nienaruszona gdy obracamy beczułkę np. do góry dnem. Natomiast w kontakcie ze szpatułką/palcami bardzo łatwo się nabiera i jeszcze łatwiej wsmarowuje w twarz, "zamieniając się" w lekki żel. A najfajniejsze jest to, że ten zabawny twór niemal natychmiast powraca do pierwotnego stanu - podziobana szpatułką "galaretka" po chwili znowu jest jednolita.
Maseczka jest bardzo prosta w użyciu: nakładamy ją wieczorem na oczyszczoną skórę twarzy, zostawiamy na noc, a rano zmywamy letnią wodą. Ja robię to 1-2 razy w tygodniu, osobiście mi to wystarczy.
Produkt ma bardzo miły zapach winogron - nie czuć żadnej gorzkiej nuty (czego spodziewałam się widząc nazwę "red wine"). Jeżeli chodzi o działanie to na pewno świetnie nawilża - rano buzia jest mięciutka i gładziutka, suche skórki zlikwidowane/znacząco zredukowane (w przypadku poważniejszych przesuszeń potrzeba kilku użyć). Maska nie zapycha i nie pogarsza stanu cery - dla mnie bardzo ważna sprawa (mam cerę mieszaną). Czy wygładza zmarszczki? Na pewno są mniej widoczne, co zapewne jest spowodowane porządnym nawilżeniem skóry. Wydajność jest ogromna, co możecie zobaczyć na zdjęciach - tak wygląda mój pack po serii ok. 8 użyć. Praktycznie pełna beczułka :) Do pokrycia całej buzi wystarcza naprawdę maleńka ilość. Cena wydaje mi się przyzwoita - ok. 13-14 $ na ebayu.
Czy są jakieś wady? Czysto użytkowe, nie mające nic wspólnego z działaniem (które oceniam na 5+). Otóż maska z natury rzeczy nie wchłania się w 100% - na twarzy pozostaje rodzaj lekko lepiącej powłoczki. Niektórym może to przeszkadzać, ja się przyzwyczaiłam i już tego nie zauważam. Od razu zaznaczam, że nie brudzi pościeli! Drugim problemem może być fakt, że "galaretka" może nam łatwo spaść ze szpatułki/palca (mi raz wleciała za dekolt), bo niemal natychmiast powraca do stałego stanu skupienia. Trzeba uważnie aplikować :)
Jestem bardzo zadowolona z tego produktu i chętnie zakupię w przyszłości wersję White Wine (która ma za zadanie rozjaśniać skórę).
Używacie sleeping pack'ów? :)
sobota, 15 lutego 2014
Eucerin oczyszcza - skutecznie?
Szczerze mówiąc to na dzisiaj planowałam dla Was malowanie kredkami - miałam piękny scenariusz sesji zdjęciowej z moimi powiekami w roli głównej. Niestety o poranku jedna z tych powiek (lewa) się zbuntowała i sobie spuchła - z przyczyn bliżej mi nieznanych, ale wygląda to na alergię :/ Tak więc z malowania dzisiaj nici, piję wapno, łykam cezerę i prezentuję Wam post zastępczy. Mam nadzieję, że jeśli nie równie atrakcyjny, to chociaż przydatny.
Jestem przekonana, że większość z Was (jeśli nie wszystkie) przynajmniej słyszała o marce Eucerin - swego czasu miała dość dużą kampanię reklamową w mediach. Pod jej szyldem sprzedaje się dermokosmetyki do kupienia w aptekach. Kiedyś przeżywałam fascynację takimi rzeczami i rujnowałam się na różne specyfiki z tej "aptecznej" półki (które są oczywiście z reguły odpowiednio droższe od drogeryjnych). Po paru kosztownych rozczarowaniach dałam sobie spokój. Traf chciał, że parę miesięcy temu udało mi się wygrać na wizaz.pl zestawik 3 produktów Eucerin do skóry trądzikowej (żel, tonik, krem). 2 z nich używam od jakiegoś czasu i zaraz je Wam zaprezentuję. Oto Eucerin DermoPurifyer: tonik i żel oczyszczający.
Podsumowując:
Powyższy zestaw żadnym cudem nie jest, a oba produkty mają trochę wad. Będąc uczciwą, muszę jednak przyznać, że stosowanie tego duetu nie wyrządziło mojej cerze żadnej krzywdy i nie nastąpiła żadna apokalipsa. Szkoda tylko, że końcowa ocena sprowadza się do takiego sformułowania. Wolałabym zachwalać zalety zamiast stwierdzać, że "nie zaszkodziło". Zwłaszcza, że mowa tutaj o produktach raczej drogich (cena żelu - ok. 50 zł, tonik - ok. 40 zł) i lansowanych jako super-profesjonalne. Osobiście cieszę się, że je wygrałam, a nie kupiłam ;)
Jestem przekonana, że większość z Was (jeśli nie wszystkie) przynajmniej słyszała o marce Eucerin - swego czasu miała dość dużą kampanię reklamową w mediach. Pod jej szyldem sprzedaje się dermokosmetyki do kupienia w aptekach. Kiedyś przeżywałam fascynację takimi rzeczami i rujnowałam się na różne specyfiki z tej "aptecznej" półki (które są oczywiście z reguły odpowiednio droższe od drogeryjnych). Po paru kosztownych rozczarowaniach dałam sobie spokój. Traf chciał, że parę miesięcy temu udało mi się wygrać na wizaz.pl zestawik 3 produktów Eucerin do skóry trądzikowej (żel, tonik, krem). 2 z nich używam od jakiegoś czasu i zaraz je Wam zaprezentuję. Oto Eucerin DermoPurifyer: tonik i żel oczyszczający.
Zacznijmy może od żelu oczyszczającego, który zawiera tajemniczą formułę z 6% Ampho-Tenside.
Co mówi producent:
Eucerin dzięki niezawierającej mydła formule z 6% Ampho-Tenside, czyli związku powierzchniowo-czynnym, który bardzo łagodnie, aczkolwiek skutecznie oczyszcza skórę. Nie zatyka porów, antybakteryjny.
W produktach linii Eucerin DermoPurifyer, zastosowano Follicle Targeting System - unikalny system transportu liposomalnego, polegający na dostarczaniu wysoce skutecznego kwasu mlekowego (o działaniu antybakteryjnym i mikrozłuszczającym) bezpośrednio do mieszków włosowych, czyli tam, gdzie powstają niedoskonałości i zmiany trądzikowe. Mieszek zostaje odblokowany, przy jednoczesnym odpowiednim nawilżeniu skóry.
Badania kliniczne, przeprowadzone na grupie 90 pacjentów, potwierdzają wyraźne zmniejszenie niedoskonałości i poprawę kondycji skóry po 12 tygodniach stosowania serii.*
W produktach linii Eucerin DermoPurifyer, zastosowano Follicle Targeting System - unikalny system transportu liposomalnego, polegający na dostarczaniu wysoce skutecznego kwasu mlekowego (o działaniu antybakteryjnym i mikrozłuszczającym) bezpośrednio do mieszków włosowych, czyli tam, gdzie powstają niedoskonałości i zmiany trądzikowe. Mieszek zostaje odblokowany, przy jednoczesnym odpowiednim nawilżeniu skóry.
Badania kliniczne, przeprowadzone na grupie 90 pacjentów, potwierdzają wyraźne zmniejszenie niedoskonałości i poprawę kondycji skóry po 12 tygodniach stosowania serii.*
*Opis z http://wizaz.pl
Co mówię JA:
Pseudonaukowy pis producenta brzmi bardziej nawet niż zachęcająco - dużo dziwnych nazw, jeszcze więcej obietnic. Nie znam się na chemii, znam się za to troszkę na marketingu i jestem pełna uznania, bo serio łatwo zaufać tak sformułowanym deklaracjom :) Przejdźmy jednak do samego produktu.
Opakowanie jest schludne, wygodne i poręczne. Dozownik bardzo wygodny, dobrze "trzyma" i nic nie wycieka - można przewozić w walizce. Sam żel - rozczarowująco rzadki, wodnisty, przeźroczysty. Właśnie taki:
Po długim stosowaniu myjadła Etude House przyzwyczaiłam się do gęstej piany na buzi i porządnego szorowania. A tutaj spotkał mnie zawód - Eucerin pienić się nie chce, robi to bardzo słabo i to dopiero przy użyciu większej ilości. Z tego powodu wydajność też nie powala.
Żel ścieka po twarzy i generalnie wg mnie jest mało przyjemny w użyciu. Najwygodniej używa mi się go w połączeniu ze szczoteczką do twarzy, bo wtedy tak bardzo nie ścieka i pozwala się troszkę spienić. Natomiast mycie samymi palcami - kiepścizna.
Zapach to kolejna rzecz, która mi się nie podoba - jest bardzo chemiczny i drażni moje nozdrza. Na szczęście nie jest trwały ani zbyt intensywny.
Była krytyka, teraz trochę pochwał. Otóż pomimo tych wszystkich wyżej wymienionych wad nie mogę powiedzieć, że jest to zły produkt - wbrew pozorom sprawdza się całkiem dobrze (!). Nie dostałam żadnego wysypu krost, poziom oczyszczenia jest, o dziwo, nie gorszy niż wcześniej, a niedoskonałości goją się faktycznie jakby szybciej. Nie odczuwam wysuszenia, więc myślę, że osoby borykające się z trądzikiem (zwłaszcza młodzieńczym, bo mój hormonalny to trochę inna historia) mogą śmiało dać mu szansę.
Tonik z 2% kwasem mlekowym
Co mówi producent:
Intensywnie oczyszcza i odświeża cerę ze szczególnym uwzględnieniem okolic łojotokowych twarzy (tzw. strefa T). Zapobiega powstawaniu niedoskonałości i zmian trądzikowych. Komedolityczny (odblokowuje pory). Beztłuszczowy. Nie powoduje wysuszenia skóry. Wskazany do stosowania z powszechnymi lekami trądzikowymi.
W produktach linii Eucerin DermoPurifyer, zastosowano Follicle Targeting System - unikalny system transportu liposomalnego, polegający na dostarczaniu wysoce skutecznego kwasu mlekowego (o działaniu antybakteryjnym i mikrozłuszczającym) bezpośrednio do mieszków włosowych, czyli tam, gdzie powstają niedoskonałości i zmiany trądzikowe. Mieszek zostaje odblokowany, przy jednoczesnym odpowiednim nawilżeniu skóry.*
W produktach linii Eucerin DermoPurifyer, zastosowano Follicle Targeting System - unikalny system transportu liposomalnego, polegający na dostarczaniu wysoce skutecznego kwasu mlekowego (o działaniu antybakteryjnym i mikrozłuszczającym) bezpośrednio do mieszków włosowych, czyli tam, gdzie powstają niedoskonałości i zmiany trądzikowe. Mieszek zostaje odblokowany, przy jednoczesnym odpowiednim nawilżeniu skóry.*
* Opis ze strony http://wizaz.pl
Co mówię JA:
Tonik ma identyczne opakowanie jak żel, z tym wyjątkiem, że zamyka się na nakrętkę. Dozownik ponownie bardzo dobry - nie leje się z niego, pozwala oszczędnie dozować produkt.
Butelka jest zielonkawa, ale sam tonik - przeźroczysty, o całkiem ładnym zapachu (ulga, bo żel mnie nieźle nastraszył). Nie jest ani trochę tłusty - nie pozostawia żadnej powłoki, szybko wchłania się do matu.
Ciekawił mnie ten kwas mlekowy, bo podobno jest całkiem dobrym środkiem w walce z niedoskonałościami. W składzie widać też alkohol. Jego obecność da się też odczuć: tonik bardzo dobrze dezynfekuje i odświeża twarz ale pozostawia wyraźne uczucie ściągnięcia skóry. Po jego użyciu zalecam szybkie wklepania kremu, bo to "ściąganie" raczej nie jest przyjemne.
Jak działa na niedoskonałości? Na pewno je trochę wysusza, przez co nieco szybciej się goją. Paradoksalnie moja skóra nie stała się przez niego jakaś wysuszona, ale ja mam cerę mieszaną. Posiadaczkom suchej raczej odradzałabym znajomość z tym produktem.
Powyższy zestaw żadnym cudem nie jest, a oba produkty mają trochę wad. Będąc uczciwą, muszę jednak przyznać, że stosowanie tego duetu nie wyrządziło mojej cerze żadnej krzywdy i nie nastąpiła żadna apokalipsa. Szkoda tylko, że końcowa ocena sprowadza się do takiego sformułowania. Wolałabym zachwalać zalety zamiast stwierdzać, że "nie zaszkodziło". Zwłaszcza, że mowa tutaj o produktach raczej drogich (cena żelu - ok. 50 zł, tonik - ok. 40 zł) i lansowanych jako super-profesjonalne. Osobiście cieszę się, że je wygrałam, a nie kupiłam ;)
Miałyście do czynienia z Eucerinem? A może stosujecie jakieś inne dermokosmetyki?
wtorek, 7 stycznia 2014
Zielone jabłuszko - Tony Moly Appletox Smooth Massage Peeling Cream
Dzisiejszy post będzie bardzo apetyczny za sprawą jednego z ciekawszych produktów, z jakimi miałam do czynienia. Mam na myśli Tony Moly Appletox Smooth Massage Peeling Cream, w uproszczeniu: peeling enzymatyczny ;)
Co mówi producent
Krem intensywnie peelingujący, który masuje, nawilża, oczyszcza i wygładza.
Zawiera wyciąg z zielonego jabłka bogaty w kwasy AHA, żelazo, magnez, oraz witaminy A, E, B1, B6, C. Kwasy AHA przyspieszają naturalny proces odnowy naskórka. Dzięki nim skóra zostaje napięta i jedwabiście gładka.
Żelazo poprawia koloryt skóry by wyglądała świeżo i zdrowo
Magnez wpływa na stan błon komórkowych, uszczelnia je i uelastycznia...
Zawiera wyciąg z zielonego jabłka bogaty w kwasy AHA, żelazo, magnez, oraz witaminy A, E, B1, B6, C. Kwasy AHA przyspieszają naturalny proces odnowy naskórka. Dzięki nim skóra zostaje napięta i jedwabiście gładka.
Żelazo poprawia koloryt skóry by wyglądała świeżo i zdrowo
Magnez wpływa na stan błon komórkowych, uszczelnia je i uelastycznia...
I tak dalej, w tym duchu :) Pełen opis znajdziecie na wizażu, konkretnie tutaj.
Co mówi Marianna Greenleaf
Zawsze unikałam peelingów enzymatycznych, bo wydawały mi się za słabe jak na potrzeby mojej mieszanej cery, pełnej zaskórników i zapchanych porów. Stosowałam (i nadal stosuję ale z większym umiarem) typowo mechaniczne ździeraki. Dlaczego więc tutaj się przełamałam? Ano skusiło mnie to niesamowite opakowanie i dużo dobrych opinii w sieci. Tak więc stałam się uboższa o ok. 10 $ i nabyłam to cudeńko ;)
Jabłuszko zawiera 80 g dość gęstego, białego kremu, który jest dodatkowo zabezpieczony plastikową membranką. Szczerze mówiąc, ta dodatkowa bariera lekko mnie drażni, bo "lubi" przyczepić się do wieczka - po odkręceniu jabłuszka trzeba ją nierzadko odklejać z góry i potem umieszczać we właściwym miejscu.
Peeling-krem ma piękny, dobrze wyczywalny zapach kwaśnych jabłek. Bardzo lubię ten aromat :)
Po nałożeniu na twarz i rozpoczęciu masażu pojawiają się typowe dla takich peelingów "niteczki", które mają znaczący udział w procesie oczyszczania skóry. Wydajność określiłabym jako dość dobrą - stosunkowo niewielka ilość kremu wystarczy na speelingowanie całej buzi.
Peeling bardzo ładnie oczyszcza - suche skórki zostają zlikwidowane, cera jest wyraźnie rozjaśniona, buzia staje się gładziutka i miła w dotyku. Nie jest to efekt tak dramatyczny, jak w przypadku silnego ździeraka - peelingi enzymatyczne mają subtelniejsze działanie. Jednak ja, taka zwolenniczka mechanicznego oczyszczania, jestem w pełni usatysfakcjonowana :)
Czy widzę negatywy? Otóż paradoksalnie za wadę można uznać opakowanie - gdy już się nim nazachwycałam to zaczęło mnie wkurzać. Zajmuje dużo miejsca, nie jest zbyt dobre do przewożenia i ta przyklejająca się membranka :P Z drugiej strony naprawdę jest śliczne... Dlatego ląduje zarówno w wadach, jak i w zaletach ;)
Podsumowując:
+ działanie
+ zapach
+ opakowanie - cieszy oko
+ cena
+ wydajność
- opakowanie - gdy już się opatrzy, staje się upierdliwe
- dostępność - tylko ebay (jeśli nie chcemy przepłacać)
Jestem zadowolona z tego produktu i tylko utwierdza mnie on w przekonaniu, że Tony Moly robi fajne kosmetyki :D
Znacie to jabłuszko? Skusiłybyście się? :)
piątek, 15 listopada 2013
Mizon Snail Repair Intensive Ampoule - ślimaczy ulubieniec :)
Hej :) Dzisiaj pokażę Wam jeden ze stałych (od kilku m-cy) elementów mojej nocnej pielęgnacji skóry twarzy. Mowa o Mizon Snail Repair Intensive Ampoule.
Opis producenta
80% zawartości tego kosmetyku stanowi śluz ślimaka, oprócz niego w skład ampułki wchodzą: witaminy, peptydowy kompleks wypełniający, kwas hialuronowy oraz czynnik wzrostu komórkowego EGF, który odpowiada za pobudzanie metabolizmu komórkowego do odnowy. To swoiste serum zawarte w ampułce z pipetką ma działanie odmładzające, przywraca jędrność i sprężystość skórze, dodatkowo chroniąc ją przed uszkodzeniami. Dodatkowo polecane dla osób z przebarwieniami, bliznami - rozjaśnia je. Skóra po jego użyciu jest wyraźnie zdrowsza, wygląda na młodszą i rozświetloną.*
*Opis kosmetyku pochodzi ze strony http://wizaz.pl
Moje wrażenia
Kosmetyk znajduje się w szklanej buteleczce, do której dołączono wymienną zakrętkę w formie zakraplacza. Jest to bardzo wygodne w użyciu - dozowanie jest proste i sprawne.
Samo serum jest przeźroczyste, dosyć gęste i bezzapachowe. Dobrze się wchłania, nie pozostawia uczucia kleistości na twarzy. Osobiście aplikuję je na noc, po oczyszczeniu twarzy. W moim wypadku na całą twarz potrzebuję 1,5 pipetki - uważam, że to całkiem nieźle, a kosmetyk jest raczej wydajny.
Najważniejsza sprawa: działanie. Nie ukrywam, że jestem z niego bardzo zadowolona :) Przede wszystkim serum silnie nawilża moją skórę i sprawia, że rano jest mięciutka, jędrna i pozbawiona suchych skórek.
Dużo osób narzeka, że ślimak powoduje u nich wysyp - u mnie nic takiego nie miało miejsca.
W moim odczuciu serum za to przyczynia się do szybszego gojenia drobnych ranek i niedoskonałości.
Zdarza mi się stosować je także na podrażnioną skórę (np. po depilacji górnej wargi) - w takim wypadku skóra po aplikacji przez chwilę piecze ale podrażnienie znacznie szybciej ustępuje.
Bardzo fajna sprawa - wygładza zmarszczki. Dzięki tej ampułce (oraz różowym żelu na dzień z tej samej serii) znacznie spłyciła się moja znienawidzona zmarszczka przy ustach oraz bruzdy na czole!
Podsumowując: uwielbiam i już płaczę, że powoli mi się kończy :( Na pewno kupię ponownie!
Co sądzicie o ślimaczych kosmetykach? Używałybyście? :)
Opis producenta
80% zawartości tego kosmetyku stanowi śluz ślimaka, oprócz niego w skład ampułki wchodzą: witaminy, peptydowy kompleks wypełniający, kwas hialuronowy oraz czynnik wzrostu komórkowego EGF, który odpowiada za pobudzanie metabolizmu komórkowego do odnowy. To swoiste serum zawarte w ampułce z pipetką ma działanie odmładzające, przywraca jędrność i sprężystość skórze, dodatkowo chroniąc ją przed uszkodzeniami. Dodatkowo polecane dla osób z przebarwieniami, bliznami - rozjaśnia je. Skóra po jego użyciu jest wyraźnie zdrowsza, wygląda na młodszą i rozświetloną.*
*Opis kosmetyku pochodzi ze strony http://wizaz.pl
Moje wrażenia
Kosmetyk znajduje się w szklanej buteleczce, do której dołączono wymienną zakrętkę w formie zakraplacza. Jest to bardzo wygodne w użyciu - dozowanie jest proste i sprawne.
Samo serum jest przeźroczyste, dosyć gęste i bezzapachowe. Dobrze się wchłania, nie pozostawia uczucia kleistości na twarzy. Osobiście aplikuję je na noc, po oczyszczeniu twarzy. W moim wypadku na całą twarz potrzebuję 1,5 pipetki - uważam, że to całkiem nieźle, a kosmetyk jest raczej wydajny.
Najważniejsza sprawa: działanie. Nie ukrywam, że jestem z niego bardzo zadowolona :) Przede wszystkim serum silnie nawilża moją skórę i sprawia, że rano jest mięciutka, jędrna i pozbawiona suchych skórek.
Dużo osób narzeka, że ślimak powoduje u nich wysyp - u mnie nic takiego nie miało miejsca.
W moim odczuciu serum za to przyczynia się do szybszego gojenia drobnych ranek i niedoskonałości.
Zdarza mi się stosować je także na podrażnioną skórę (np. po depilacji górnej wargi) - w takim wypadku skóra po aplikacji przez chwilę piecze ale podrażnienie znacznie szybciej ustępuje.
Bardzo fajna sprawa - wygładza zmarszczki. Dzięki tej ampułce (oraz różowym żelu na dzień z tej samej serii) znacznie spłyciła się moja znienawidzona zmarszczka przy ustach oraz bruzdy na czole!
Podsumowując: uwielbiam i już płaczę, że powoli mi się kończy :( Na pewno kupię ponownie!
Co sądzicie o ślimaczych kosmetykach? Używałybyście? :)
piątek, 25 października 2013
Porzeczkowy ulubieniec :)
Dzisiaj pokażę Wam jeden z moich bardziej udanych zakupów kosmetycznych (nie ma co ukrywać, że nie zawsze wszystko okazuje się tak fajne, jak być miało :P).
Parę miesięcy temu zainteresowałam się modą na hydrolaty do twarzy - bardzo dużo dziewczyn je zachwala i poleca jako alternatywę dla "zwykłych" toników. Na jednym z blogów (darujcie, ale naprawdę nie pamiętam jakim - często sobie zwiedzam blogosferę) przeczytałam bardzo interesującą recenzję hydrolatu z czarnej porzeczki - autorka zachwalała go jako doskonały produkt dla cery tłustej/mieszanej. Jej opis przekonał mnie na tyle, że zaczęłam szukać i trafiłam na Biochemię Urody (bardzo przyjemny sklep, na pewno wiele z Was zna). Wyszukałam wybrany hydrolat i przy okazji zainteresowałam się ofertą "tonikową" - chodzi w niej o pakiecik składników, które należy dodać do dowolnego hydrolatu i wymieszać, aby uzyskać tonik. Dla każdego rodzaju cery odpowiedni wariant ;) No to co? No to zamówiłam sobie zestaw dla cery tłustej :P A oto, co z tego wyszło...
Hydrolat z czarnej porzeczki 100% ekologiczny.
Działanie:
- Działa odświeżająco i aromatycznie.
- Badania potwierdziły antybakteryjne i dezynfekujące działanie liści porzeczki czarnej, korzystne przy cerze tłustej.
- Posiada silne właściwości łagodzące i przeciwzapalne, promuje gojenie, polecany przy podrażnieniach i drobnych uszkodzeniach skóry oraz. wypryskach trądzikowych.
- Dzięki obecności bioflawonoidów i witaminy C, działa antyoksydacyjnie i przeciwzmarszczkowo.
- Wspomaga ochronę przeciw promieniowaniu słonecznemu.
- Uszczelnia i wzmacnia ściany naczynek krwionośnych.
- Lekko rozjaśnia i poprawia koloryt skóry.
- Regeneruje, wspomaga walkę z przedwczesnymi zmarszczkami, chroniąc przed rozkładem elastyny, polecany jest także dla cery dojrzałej.*
*Opis pochodzi ze strony http://www.biochemiaurody.com
*Opis pochodzi ze strony http://www.biochemiaurody.com
Parę miesięcy temu zainteresowałam się modą na hydrolaty do twarzy - bardzo dużo dziewczyn je zachwala i poleca jako alternatywę dla "zwykłych" toników. Na jednym z blogów (darujcie, ale naprawdę nie pamiętam jakim - często sobie zwiedzam blogosferę) przeczytałam bardzo interesującą recenzję hydrolatu z czarnej porzeczki - autorka zachwalała go jako doskonały produkt dla cery tłustej/mieszanej. Jej opis przekonał mnie na tyle, że zaczęłam szukać i trafiłam na Biochemię Urody (bardzo przyjemny sklep, na pewno wiele z Was zna). Wyszukałam wybrany hydrolat i przy okazji zainteresowałam się ofertą "tonikową" - chodzi w niej o pakiecik składników, które należy dodać do dowolnego hydrolatu i wymieszać, aby uzyskać tonik. Dla każdego rodzaju cery odpowiedni wariant ;) No to co? No to zamówiłam sobie zestaw dla cery tłustej :P A oto, co z tego wyszło...
Opisy producenta
Hydrolat z czarnej porzeczki 100% ekologiczny.
Działanie:
- Działa odświeżająco i aromatycznie.
- Badania potwierdziły antybakteryjne i dezynfekujące działanie liści porzeczki czarnej, korzystne przy cerze tłustej.
- Posiada silne właściwości łagodzące i przeciwzapalne, promuje gojenie, polecany przy podrażnieniach i drobnych uszkodzeniach skóry oraz. wypryskach trądzikowych.
- Dzięki obecności bioflawonoidów i witaminy C, działa antyoksydacyjnie i przeciwzmarszczkowo.
- Wspomaga ochronę przeciw promieniowaniu słonecznemu.
- Uszczelnia i wzmacnia ściany naczynek krwionośnych.
- Lekko rozjaśnia i poprawia koloryt skóry.
- Regeneruje, wspomaga walkę z przedwczesnymi zmarszczkami, chroniąc przed rozkładem elastyny, polecany jest także dla cery dojrzałej.*
*Opis pochodzi ze strony http://www.biochemiaurody.com
+
Zestaw na Tonik pielęgnacyjny na bazie hydrolatu.
Zestaw dla cery tłustej i mieszanej zawiera:
# Ekstrakt z rozmarynu EKO; Postać: brązowy, lekko mętny płyn,
# Niacynamid (witamina B3); Postać: biały, drobny proszek,
# Aminokwasy siarkowe; Postać: biały, drobny proszek,
Zestaw oparty na komplecie trzech składników o działaniu regulującym wydzielanie sebum, antybakteryjnym, antytrądzikowym oraz gojącym i rozjaśniajacym przebarwienia po wypryskach.*
# Ekstrakt z rozmarynu EKO; Postać: brązowy, lekko mętny płyn,
# Niacynamid (witamina B3); Postać: biały, drobny proszek,
# Aminokwasy siarkowe; Postać: biały, drobny proszek,
Zestaw oparty na komplecie trzech składników o działaniu regulującym wydzielanie sebum, antybakteryjnym, antytrądzikowym oraz gojącym i rozjaśniajacym przebarwienia po wypryskach.*
Ode mnie
W przesyłce otrzymałam niebieską buteleczkę zawierającą 200 ml hydrolatu oraz pakiecik składników do wykonania toniku. Zgodnie z instrukcją wsypałam/wlałam wszystkie substancje i wymieszałam - nic prostszego ;) Prawdę mówiąc, trochę się bałam co z tego wyjdzie, bo np. ekstarkt z rozmarynu przeraził mnie zapachem (smród niemiłosierny) ale koniec końców po dodaniu do hydrolatu "zginął" w woni czarnej porzeczki.
Mikstura jest bezbarwna, ma konsystencję wody. Wylewa się ją na wacik wprost z buteleczki. Zapach jest bardzo intensywny - to kwaskowata czarna porzeczka, na początku stosowania trochę drażniąca. Po pewnym czasie nawykłam i nawet polubiłam. Aplikacja jest bezproblemowa - bardzo szybko się wchłania, nie zostawia żadnej lepkiej powłoki, nie ma świecenia.
Działanie? Fantastyczne! :)
Przede wszystkim ten hydrolatowy tonik bardzo odświeża i koi moją skórę - widocznie zmniejsza zaczerwienienia i rozjaśnia cerę. Bardzo ważna dla mnie kwestia - naprawdę wspomaga gojenie ranek i niedoskonałości. Najlepszy dowód - nawet gdy czasami coś bezwiednie rozdrapię na twarzy (choroba niespokojnych rąk) to zaraz lecę przemyć tym tonikiem. W 99% przypadków nic mi się potem nie paprze na twarzy, tak jakbym używając toniku "dezynfekowała" buzię. Już choćby dlatego ten produkt znacząco przyczynia się do poprawy mojej cery! :)
Jeśli chodzi o "uszczelnianie i wzmacnianie ściany naczynek krwionośnych" - trudno powiedzieć. Nie mam problemów z naczynkami ani nic w tym stylu więc nie umiem ocenić działania toniku na tym polu.
Jeśli coś mi się nie podoba, to jest to dostępność - tylko przez internet. Cena jest do przełknięcia (ok. 25 zł za hydrolat + składniki na tonik). Wydajność mogłaby być większa - mam wrażenie, że z butelki za dużo się wylewa...
Podsumowując, jestem tym produktem zachwycona i na pewno kupię ponownie :) Bardzo się cieszę, że zainwestowałam w hydrolat i zaryzykowałam zmiksowanie go z innymi składnikami - efekt jest bardzo zadowalający :)
___________________________________________________________________________
Na koniec kolejna mała dygresja - znowu byłam w Hebe, tym razem z okazji zniżki -40% na wszystkie produkty Max Factor. Swoją drogą to nie mogłam się dopchać do szafy :P Na szczęście wiedziałam dokładnie po co idę, więc "wykorzystałam" Panią Konsultantkę, prosząc ją o podanie mi produktu :D
W końcu moja! :) Ostatnia sztuka w odcieniu 090 Natural Glaze - znowu miałam szczęście ^^ Ta kredeczka zbiera wiele pochwał w sieci, toteż skwapliwie ją przygarnęłam ;) I to już koniec moich "szaleństw" w Hebe (chociaż kusi jeszcze niedzielna przecena na Astor...) - jeszcze trochę i trzeba będzie kupować prezenty na Święta, więc koniec wydawania kasy na głupoty :P
__________________________________________________________________________
Co sądzicie o hydrolatach? Używacie? Spróbowałybyście takiego toniku? :)
czwartek, 19 września 2013
Znani i lubiani: Mizon, Snail Recovery Gel Cream
Dzisiaj wypowiem się w końcu na temat bardzo popularnego wśród blogerek ślimaczego żelu Mizon :) Nie będę Was zanudzała opowieściami o dobroczynnym wpływie filtratu ze śluzu ślimaka, bo wydaje mi się, że napisano na ten temat już dosyć. Darujemy sobie też rozwlekły opis produktu, bo mogę się założyć, że większość z Was go przynajmniej kojarzy ;) A więc krótko i na temat:
Jak widać, żel wychodzi obronną ręką z "testu obietnic" ;) Trzeba podkreślić, że ma jeszcze jedną zaletę: jest bardzo tani. Na ebay'u można go kupić za niecałe 6$ co wg mnie jest naprawdę niską kwotą za kosmetyk tak dobrej jakości. Z tej serii do kupienia jest jeszcze krem na dzień, ampułka i krem pod oczy. Osobiście posiadam ampułkę, o której napiszę przy następnej okazji ;)
Która używa/ła tego żelu? :)
Opakowanie jest, jak widać, w formie różowej tubki o pojemności 45 ml. Ładne, poręczne i estetyczne.
Żel jest przeźroczysty i dosyć gęsty, przy okazji bardzo wydajny - jak to żel :) Zawiera 74% ekstraktu ze śluzu ślimaka, adenozynę oraz kwas hialuronowy (a więc same dobroci). Zapachu brak.
Co ma żel ma "robić" wg producenta i czy u mnie to "robi":
- wspomaga walkę z niedoskonałościami ---> W PEWNYM STOPNIU. Nie uważam, żeby w widoczny sposób zwalczał pryszcze ale w moim przypadku nie powoduje pogorszenia cery. Przyczynia się do szybszego gojenia skóry, więc w jakiś sposób na pewno pomaga walczyć z problematyczną cerą.
- spłyca zmarszczki ------------------------> TAK. To największa korzyść, jaką przyniósł mi ten żel - moja odwieczna zmarszczka mimiczna przy ustach znacznie się spłyciła! To samo z bruzdami na czole, które są wyraźnie wygładzone. Jestem tym faktem zachwycona :)
- zwęża pory ------------------------------> TAK. Mam z natury widoczne pory, których po prostu nie da się całkowicie "zamknąć", jednak ten żel znacząco redukuje ich rozmiar :)
- nawilża skórę ----------------------------> ZBYT SŁABO. W tym jednym wypadku żel jest dla mnie za słaby - muszę wspomagać się czymś jeszcze, żeby nie mieć suchych skórek na buzi.
- poprawia elastyczność skóry ------------>TAK. I to zdecydowanie :) Podczas systematycznego używania skóra jest w widocznie lepszej formie :)
Jak widać, żel wychodzi obronną ręką z "testu obietnic" ;) Trzeba podkreślić, że ma jeszcze jedną zaletę: jest bardzo tani. Na ebay'u można go kupić za niecałe 6$ co wg mnie jest naprawdę niską kwotą za kosmetyk tak dobrej jakości. Z tej serii do kupienia jest jeszcze krem na dzień, ampułka i krem pod oczy. Osobiście posiadam ampułkę, o której napiszę przy następnej okazji ;)
Która używa/ła tego żelu? :)
piątek, 13 września 2013
Spóźnione mini-denko sierpniowe
Hej :) Jest tu jeszcze ktoś? ^^" Znowu przepadłam bez wieści, a tutaj już wrzesień w pełni... Ale co zrobić - za chwilę czeka mnie przeprowadzka do Warszawy, w której zresztą spędziłam ostatnie dwa tygodnie. Korzystałam z pozostałych mi chwil wakacji i starałam się ograniczać posiedzenia przy komputerze, na czym automatycznie ucierpiał blog...
Dzisiaj pokażę Wam szybko moje sierpniowe zużycia - niestety bardzo niewielkie :/ Zastanawiałam się, czy nie poczekać do końca miesiąca i nie zrobić podwójnego denka ale uznałam, że przewożenie pustych opakowań nie ma sensu. Dlatego proszę o zrozumienie ;)
Od lewej:
Dzisiaj pokażę Wam szybko moje sierpniowe zużycia - niestety bardzo niewielkie :/ Zastanawiałam się, czy nie poczekać do końca miesiąca i nie zrobić podwójnego denka ale uznałam, że przewożenie pustych opakowań nie ma sensu. Dlatego proszę o zrozumienie ;)
Od lewej:
- Fitomed, oczyszczający tonik ziołowy do cery tłustej i trądzikowej - jeden z lepszych, jakie używałam. Po raz drugi pojawia się w denku blogowym i zapewnie na tym się nie skończy ;) Kupię ponownie.
- Pervoe Reshenie, rosyjski balsam babci Agafii na kwiatowym propolisie - bardzo przyzwoita odżywka. Recenzję można przeczytać TUTAJ. Bardzo możliwe, że kupię ponownie.
- Love2MIX Organic, szampon nawilżający z ekstraktem z jagód acai i proteinami perły - pisałam o nim niedawno TUTAJ. Ze względu na nieco zbyt gęstą konsystencję nie wiem, czy kupię ponownie. Zapewne raczej wybiorę inną wersję z tej samej serii ;)
- The Face Shop, Clean Face Oil Free BB Cream - od kilku miesięcy mój absolutny hit! Na dobre wyparł podkłady i w zasadzie używam już tylko jego. Szczegółowa recenzja i swatche są TUTAJ. A ja już kupiłam i na pewno znowu w przyszłości kupię ponownie.
- Missha, Bamboo Charcoal Konjac Soft Jelly Cleansing Puff - w skrócie po prostu konjac. Dla niezorientowanych - ta zabawna gąbeczka służy do oczyszczania/mycia twarzy ;) Wspomagałam się nią przez +/- 3 miesiące i jestem bardzo zadowolona :) Zakupiłam już kolejny egzemplarz :)
czwartek, 29 sierpnia 2013
Trochę refleksji i zakupów
Hej, po raz kolejny wracam po przerwie. Co tu dużo mówić - popadłam ostatnio w jakiś stan pośredni pomiędzy znużeniem a rozleniwieniem i nie miałam dość chęci, by zajmować się blogiem. Dodatkowo przez tydzień nie było mnie w domu, a po powrocie właściwie nie robiłam nic innego poza czytaniem książek. Nawet po sklepach się nie włóczyłam (!). Ale to tylko w ubiegłym tygodniu. W jeszcze poprzednim wydałam za to sporo na ubrania, a i kosmetyków kilka wpadło :P Zaraz Wam zresztą pokażę ;)
Zakupy ubraniowe
Wybierając się do centrum handlowego planowałam właściwie jeden zakup - marynarkę. Mam coś pecha do tej części garderoby - przez wszystkie lata mojego życia zakupiłam zaledwie 2 sztuki, z czego jedna jest obecnie za duża :P Mam zwykle spory problem ze znalezieniem takiej, która by na mnie dobrze leżała i jednocześnie zaspokajała moje oczekiwania (kolor, długość, krój). Jestem niska, mam figurę klepsydry (duże wcięcie w talii, szer. ramion równa z szer. bioder) z jednym ale - klepsydry zwykle mają obfity biust, ja mam raczej przeciętny (czytaj: średniej wielkości). Z tego powodu marynarki często mi się "rozklapciają" na piersiach, bo są szyte na większy biust. Zakładałam więc z góry, że może mi się znowu nie udać :P
Na szczęście upolowałam bardzo ładną w Pull&Bear - wklejam Wam zdjęcie ze strony producenta (http://www.pullandbear.com/), bo lepiej się prezentuje, niż na zdjęciu, które ja bym ew. mogła zrobić :)
Zakupy ubraniowe
Wybierając się do centrum handlowego planowałam właściwie jeden zakup - marynarkę. Mam coś pecha do tej części garderoby - przez wszystkie lata mojego życia zakupiłam zaledwie 2 sztuki, z czego jedna jest obecnie za duża :P Mam zwykle spory problem ze znalezieniem takiej, która by na mnie dobrze leżała i jednocześnie zaspokajała moje oczekiwania (kolor, długość, krój). Jestem niska, mam figurę klepsydry (duże wcięcie w talii, szer. ramion równa z szer. bioder) z jednym ale - klepsydry zwykle mają obfity biust, ja mam raczej przeciętny (czytaj: średniej wielkości). Z tego powodu marynarki często mi się "rozklapciają" na piersiach, bo są szyte na większy biust. Zakładałam więc z góry, że może mi się znowu nie udać :P
Na szczęście upolowałam bardzo ładną w Pull&Bear - wklejam Wam zdjęcie ze strony producenta (http://www.pullandbear.com/), bo lepiej się prezentuje, niż na zdjęciu, które ja bym ew. mogła zrobić :)
Jak widać - klasyczny krój, długi rękaw, sięga nieco za biodra. Dostępna w kilku kolorach, ja zdecydowałam się na klasyczną czerń :) Bez żadnych udziwnień, będzie pasowała zarówno na eleganckie bluzki jak i na kolorowe t-shirty. Najważniejsze, że świetnie leży - nic mi nie odstaje na plecach, ani na piersiach :D
Gdy już przepuściłam pieniądze na marynarkę, wpadłam w bardzo dobry humor - na tyle dobry, że zamiast zakończyć zakupy, ruszyłam dalej :P W tym samym sklepie chwyciłam prosty kardigan w kolorze szarym.
Lubię ubierać się zimą "na cebulkę", więc wyznaję zasadę, że kardiganów nigdy za wiele. Podobają mi się te kieszonki oraz fakt, że nie jest zbyt obcisły i nie ma dzięki temu "prześwitów" między guzikami ;)
Potem wyhaczyłam jeszcze bardzo prostą, bawełnianą sukienkę w H&M. Bardzo uniwersalna, będzie można ją nosić w najróżniejszych kombinacjach :) Niestety nie udało mi się znaleźć zdjęcia w necie, więc wstawiam zrobione przeze mnie.
Na wieszaku może nie wygląda najlepiej, ale jest bardzo dopasowana do figury i jestem ogromnie zadowolona z tego nabytku :)
Ostatnim zakupem-prezentem (mama mi ją "wzięła") jest delikatny szaliczek do jesiennego płaszcza prosto z Parfois. Jak tylko zobaczyłam ten print, to zapragnęłam go mieć :) (zdjęcie ze strony http://www.parfois.com/)
Nie znoszę jesieni (zimy też nie) ale może obecność tego cudeńka na mojej szyi wpłynie pozytywnie na mój zwyczajny (mało ciekawy) humor w ponure dni jesienne :P
Zakupy kosmetyczne
Nie jest tego bardzo dużo, a część to znowu prezenty ;)
Itemki z dwóch pierwszych zdjęć dostałam od mamy. Komplecik kremowych błyszczyków Pupa zachwycił mnie kolorami - uważam je za rozkosznie słodkie ;) Odżywka Garnier Ultra Doux do długich włosów przyjechała z Francji (u nas jest niedostępna), a żel pod prysznic Balea oczywiście z Niemiec. Z Balei moja mama nazwoziła naprawdę całe siaty różnych mydeł, płynów do kąpieli itd.
Granatowa buteleczka to mój pierwszy zakup z Biochemii Urody. Zawiera tonik do cery mieszanej na bazie hydrolatu porzeczkowego. W jego skład wchodzi ekstrakt z rozmarynu EKO, niacynamid (wit. B3) i aminokwasy siarkowe. Dopiero zaczęłam go używać, więc nie umiem jeszcze nic więcej o nim powiedzieć ;)
Olejek arganowy 3w1 od Bielendy kupiłam na otwarciu nowej drogerii w mojej miejscowości. Pierwszego dnia był rabat 10% na wszystkie zakupy, więc go sobie chwyciłam :P Byłam ciekawa, czy taka tańsza wersja olejku arganowego okaże się warta uwagi. I póki co jestem zdania, że tak :)
Tak wyglądają ostatnie nowości w mojej szafie/łazience. Aktualnie leci do mnie kolejna paczka z Korei (spadek $ zwykle przekłada się u mnie na chęć zamawiania). Jednak dostanę ją w swoje rączki dopiero za 2 tygodnie, gdyż w sobotę wyjeżdżam do stolicy. Będę tam miała internet i postaram się nie zaniedbywać bloga ;)
Etykiety:
balea,
bielenda,
biochemia urody,
garnier,
h&m,
hydrolaty,
kąpiel,
makijaż,
moda,
parfois,
personalne,
pielęgnacja ciała,
pielęgnacja skóry twarzy,
pull&bear,
pupa,
włosomaniactwo,
zakupy
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















































