Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tony moly. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tony moly. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 kwietnia 2015

Zaległe denka, nowości i weekend zniżek :)

Wstyd mnie ogarnął, gdy sobie uświadomiłam, że ostatni post jest z lutego. Nie będę się usprawiedliwiała, tylko szybko piszę :) Mamy piękne, cieplutkie sobotnie popołudnie, którego część poświęcę opisaniu moich kosmetycznych zużyć z lutego i marca. Pokażę też trochę nowości i podzielę się namiastką wrażeń z weekendu zniżek. Zapraszam!


sobota, 31 stycznia 2015

Denko styczniowe + najświeższe nabytki

Chyba po raz pierwszy w historii tego bloga pokażę Wam moje denko nie tylko na czas, ale nawet chwilę przed czasem :) Styczeń dobiega końca, pora podsumować zużycia. Przy okazji pochwalę się ostatnimi zakupami kosmetycznymi - zapraszam!


poniedziałek, 7 lipca 2014

Spóźnione denko czerwcowe

I znowu przegapiłam moment na prezentację denka >_< Trochę dużo się działo (jak zwykle) i narobiłam sobie blogowych zaległości.

W czerwcu nie zużyłam zbyt wielu kosmetyków, sporo opakowań mam wciąż na wykończeniu i pewnie zdenkuję je w bieżącym miesiącu. Jeśli chodzi o pełnowymiarowe produkty, to wygląda to tak:


wtorek, 7 stycznia 2014

Zielone jabłuszko - Tony Moly Appletox Smooth Massage Peeling Cream

Dzisiejszy post będzie bardzo apetyczny za sprawą jednego z ciekawszych produktów, z jakimi miałam do czynienia. Mam na myśli Tony Moly Appletox Smooth Massage Peeling Cream, w uproszczeniu: peeling enzymatyczny ;)

Co mówi producent

Krem intensywnie peelingujący, który masuje, nawilża, oczyszcza i wygładza.
Zawiera wyciąg z zielonego jabłka bogaty w kwasy AHA, żelazo, magnez, oraz witaminy A, E, B1, B6, C. Kwasy AHA przyspieszają naturalny proces odnowy naskórka. Dzięki nim skóra zostaje napięta i jedwabiście gładka.
Żelazo poprawia koloryt skóry by wyglądała świeżo i zdrowo
Magnez wpływa na stan błon komórkowych, uszczelnia je i uelastycznia...

I tak dalej, w tym duchu :) Pełen opis znajdziecie na wizażu, konkretnie tutaj.

Co mówi Marianna Greenleaf

Zawsze unikałam peelingów enzymatycznych, bo wydawały mi się za słabe jak na potrzeby mojej mieszanej cery, pełnej zaskórników i zapchanych porów. Stosowałam (i nadal stosuję ale z większym umiarem) typowo mechaniczne ździeraki. Dlaczego więc tutaj się przełamałam? Ano skusiło mnie to niesamowite opakowanie i dużo dobrych opinii w sieci. Tak więc stałam się uboższa o ok. 10 $ i nabyłam to cudeńko ;)

Jabłuszko zawiera 80 g dość gęstego, białego kremu, który jest dodatkowo zabezpieczony plastikową membranką. Szczerze mówiąc, ta dodatkowa bariera lekko mnie drażni, bo "lubi" przyczepić się do wieczka - po odkręceniu jabłuszka trzeba ją nierzadko odklejać z góry i potem umieszczać we właściwym miejscu. 


Peeling-krem ma piękny, dobrze wyczywalny zapach kwaśnych jabłek. Bardzo lubię ten aromat :) 
Po nałożeniu na twarz i rozpoczęciu masażu pojawiają się typowe dla takich peelingów "niteczki", które mają znaczący udział w procesie oczyszczania skóry. Wydajność określiłabym jako dość dobrą - stosunkowo niewielka ilość kremu wystarczy na speelingowanie całej buzi


Peeling bardzo ładnie oczyszcza - suche skórki zostają zlikwidowane, cera jest wyraźnie rozjaśniona, buzia staje się gładziutka i miła w dotyku. Nie jest to efekt tak dramatyczny, jak w przypadku silnego ździeraka - peelingi enzymatyczne mają subtelniejsze działanie. Jednak ja, taka zwolenniczka mechanicznego oczyszczania, jestem w pełni usatysfakcjonowana :) 

Czy widzę negatywy? Otóż paradoksalnie za wadę można uznać opakowanie - gdy już się nim nazachwycałam to zaczęło mnie wkurzać. Zajmuje dużo miejsca, nie jest zbyt dobre do przewożenia i ta przyklejająca się membranka :P Z drugiej strony naprawdę jest śliczne... Dlatego ląduje zarówno w wadach, jak i w zaletach ;)

Podsumowując:

+ działanie
+ zapach
+ opakowanie - cieszy oko
+ cena
+ wydajność

- opakowanie - gdy już się opatrzy, staje się upierdliwe
- dostępność - tylko ebay (jeśli nie chcemy przepłacać)

Jestem zadowolona z tego produktu i tylko utwierdza mnie on w przekonaniu, że Tony Moly robi fajne kosmetyki :D

Znacie to jabłuszko? Skusiłybyście się? :)

wtorek, 8 października 2013

Mistrz kamuflarzu - Tony Moly Baby Doll Pot Concealer #1

Witam Was w ten sympatyczny jesienny wieczór. Sympatyczny, bo jest jeszcze całkiem ciepło :) Ale i tak spędzam go z zieloną herbatą, tartą gruszkową (w sumie już zjadłam) i maską na włosach. Taki drobny akt dobroci wobec moich włosów ;) Ale nie o masce chcę dzisiaj pisać.

Przyleciał do mnie ładnych kilka miesięcy temu i natychmiast podbił moje serce. Nadeszła pora, by zaprezentować mojego niekwestionowanego ulubieńca. Szanowne Panie - oto Tony Moly Baby Doll Pot Concealer #1.

Opis producenta

Korektor zapewnia naturalne, długotrwałe i zarazem perfekcyjne krycie. Hypoalergiczny. Korektor absorbuje nadmiar sebum i utrzymuje się na twarzy przez wiele godzin.

Jak widać, producent jest raczej oszczędny w słowach i ogranicza się do podstawowych informacji. I słusznie, bo nie ma co się wiele rozwodzić nad tym maleństwem - trzeba po prostu wypróbować jego możliwości :)


Moja opinia

Jak się na pewno zorientowałyście, korektor mnie zachwycił. Ale postaram się powściągnąć swój entuzjazm i rzetelnie Wam go opisać. A więc... :)
Opakowanie - małe, okrągłe pudełeczko z grubego, przeźroczystego plastiku z białą nakrętką. Korektor dodatkowo zabezpiecza plastikowa membranka (jak w większości kosmetyków Tony Moly). Pojemność to zaledwie i aż 4 g :)


Konsystencja jest zbita - korektor przypomina gęstą pastę. Należy nabrać niewielką ilość na palec i ostrożnie wklepać w wybrane miejsce. Można go nakładać warstwowo. Sposób aplikacji nie jest zbyt higieniczny - przyznaję ale jednocześnie nie bardzo wiem, jak miałaby ona inaczej wyglądać biorąc pod uwagę gęstość tego produktu. A przecież zawsze można (a nawet trzeba) umyć łapy zanim się weźmiemy do malowania ;)


Kolorek - Baby Doll występuje w dwóch odcieniach: #1 Light beige oraz #2 Natural beige. Jako osoba bladolica posiadam oczywiście jaśniejszą wersję. Nie widziałam na żywo drugiego odcienia ale oceniając po zdjęciach, różnica nie wydaje się zbyt drastyczna.
#1 to ładny, ciepły beż z żółtymi tonami. Zero różu i ziemistości! Fantastycznie wtapia się w makijaż - używałam go zarówno z kremami BB jak i podkładem - w obydwu przypadkach świetnie współpracuje i umiejętnie wklepany, ani trochę się nie odcina

Największa zaleta? Obłędne krycie. To wręcz czysty pigment - nie spotkałam się jeszcze z tak skutecznym korektorem, a uwierzcie, że przez lata walki z trądzikiem młodzieńczym, a potem hormonalnym, ratowałam się najróżniejszymi specyfikami tego typu. Baby Doll bije wszystkie na głowę! Potrafi ukryć uparte zaczerwienienia i znacząco zredukować widoczność brzydkich wyprysków. Dla mnie, której zdarza się przebudzić rano z istnym "bałaganem" na twarzy, jest to prawdziwe wybawienie.

Poniższe zdjęcie miało w założeniu zaprezentować moc krycia na skórze - po lewej widać "nagie" znamiona, po prawej "skorygowane" koretorem (oczywiście nie robię takich głupot, to tylko "próba siły" korektora ;)). Przepraszam Was za różnicę w oświetleniu :/ Wydaje mi się jednak, że widać to, co trzeba. Ciemne pieprzyki zostały znacząco "zakryte".

Pozostaje jeszcze jedna kwestia - krycie cieni pod oczami. Tutaj mam pewne wątpliwości. Czasami rzeczywiście używam Baby Doll w tym celu, delikatnie wklepując go pod oczy. Dzięki silnemu kryciu dość znacząco rozjaśnia spojrzenie ALE po jakimś czasie potrafi nieco włazić w zmarszczki - najprawdopodobniej jest po prostu za gęsty, żeby całkowicie sprawdzić się w takiej roli. Niemniej zrobiłam dla Was odpowiednie zdjęcie. Po lewej "nagie" oko, po prawej z korektorem.


Co jeszcze mogę napisać? Cena jest moim zdaniem niska - można go kupić już za niecałe 5$. Nie uczulił mnie ani nie podrażnił. Jest bardzo trwały - nie należy się obawiać, że zniknie w ciągu dnia. Jeśli chodzi o wydajność, to jest ogromna - używam go codziennie od kwietnia, a nie zużyłam jeszcze nawet połowy :) Ale i tak mam już w szafce drugie opakowanie tak na wszelki wypadek :P

W tym momencie chyba pora zakończyć - same widzicie, zakochałam się po prostu :P Nie uważam jednak, żebym w którymkolwiek punkcie tej recenzji przesadziła - to, co napisałam to w 100% moje odczucia. Po prostu ten produkt trafił idealnie w moje potrzeby ;) Tak w ogóle, to z linii Baby Doll mam jeszcze puder BB - ale o tym innym razem.

Znacie? Macie swoich maskujących ulubieńców? Podzielcie się opiniami :)

poniedziałek, 23 września 2013

Mini-recka Tony Moly Expert Triple BB Cream

Dobry wieczór :) Witam Was ze stolicy - mojego nowego lokum od wczoraj :) Przeprowadzka była męcząca, ogarnianie mieszkania jeszcze bardziej - szorowanie, wycieranie, rozpakowywanie... Na szczęście sytuacja jest już mało wiele opanowana, a ja próbuję przyzwyczaić się do wszechobecnego tłumu, zgiełku i generalnie szybkiego tempa, w jakim żyje Warszawa. W międzyczasie podzielę się z Wami moimi wrażeniami na temat kolejnego kremu BB ;)

Dorwałam się do próbek - wreszcie. Miałam pewne problemy decyzyjne, od czego zacząć ale ostatecznie padło na Tony Moly Expert Triple BB Cream , który zainteresował mnie jakiś czas temu, a nie kupiłam go "w ciemno" tylko dlatego, że jest dosyć drogi. Na szczęście w moje łapki trafiły próbki :)

Tak wygląda pełnowymiarowe opakowanie kremu o pojemności 50 ml. Ta przyjemność kosztuje ok. 25 $ na ebay'u. Poniżej jedna z moich próbek.


Co twierdzi producent:

Tony Moly Expert Triple BB Cream SPF45 PA + + + to 3-funkcjonalny krem BB, który zapewnia rozjaśnienie cery, pielęgnację zmarszczek oraz ochronę przed szkodliwym promieniowaniem UV.

Zwiera m.in. ekstrakty z czerwonego żeń-szenia i organiczny wyciąg z lawendy.

Co twierdzę ja:

Kremik ma niezbyt gęstą (ale też nie płynną), raczej lekką konsystencję. Aplikacja nie jest zbyt trudna - ja wklepałam go palcami. Miejscami utworzył drobne smużki, które jednak dały się łatwo zlikwidować.
Krycie w skali 1-10 oceniłabym na 5. Ten krem nie ukryje bez pomocy korektora poważniejszych niedoskonałości, jednak na miejscowe przebarwienia i zaczerwienienia wystarczy. Można go nakładać warstwowo i w ten sposób nieco zwiększyć krycie. Kolor to jasny beż, raczej ciepły i bez różowego pigmentu (uff). Do mojej mega-bladej twarzy dopasował się bardzo przyzwoicie, bez efektu "odcięcia". Poniżej wstawiam zdjęcie w świetle dziennym.


Co jeszcze mogę o nim powiedzieć? Ładnie trzyma się buzi i nie ściera. Jest na tyle lekki, że nie czuć go na twarzy. Ma wysoki filtr, więc nie musimy obawiać się słońca. Pozwala zachować matową skórę, nie powoduje świecenia się. Natomiast nie spodobało mi się, że trochę podkreśla suche skórki

Nie jestem pewna, czy kupię pełnowymiarową wersję. Jest trochę drogi w porównaniu np. do Face Shopu czy SKIN79. Na pewno jego dużą zaletą jest naturalny kolor. Z drugiej strony bardzo nie lubię podreślania skórek, zwłaszcza obecnie (jestem w trakcie kuracji Epiduo i trafiają mi się przesuszenia). Tak więc na razie nie jestem w stanie się zdecydować, toteż zadowolę się próbkami, które mi zostały ;) 

Na koniec pokażę Wam, jak ten krem wypada kolorystycznie w porównaniu do innych BB, z jakimi miałam styczność. 


No tak :P Napaciałam sobie tych kremów i wiecie co mnie uderzyło? Że one wszystkie wyglądają bardzo podobnie na ręce! Natomiast na twarzy każdy z nich wygląda całkowicie inaczej, np. Snail robi się różowy a najciemniejszy tutaj Face Shop jaśnieje :P O ElishaCoy jeszcze Wam nie pisałam ale obiecuję poprawę - na razie zdradzę tylko, że ten krem ze swatcha jest dla mnie swego rodzaju fenomenem. Ale szczegóły kiedy indziej :)

Co sądzicie o tym kremie? Podoba się Wam? ;)

poniedziałek, 16 września 2013

Kosmetyczna rozpusta cz. 1

Witam serdecznie w ten "uroczy" dzień spomiędzy chusteczek - ewidentnie zaczął się dla mnie sezon na przeziębienia :P Dopadł mnie katarek, więc siedzę w domu i staram się wszelkimi sposobami doprowadzić do porządku. Ale nie o tym chcę pisać ;)
W poprzednim poście napomknęłam o sporych (jak na mnie) zakupach i obiecałam, że pokażę nabytki. Zrobię to w 2 etapach, gdyż nie mam wszystkich nowych kosmetyków pod ręką - część z nich została już w Warszawie. Dzisiaj pochwalę się tymi, które mam na miejscu.

Pocieszcie mnie, że Wy też macie takie napady rozrzutności :/ Oczywiście niektóre z Was pewnie machną ręką, że "to jest nic" ale muszę się przyznać, że ja widzę wyraźnie po swojej szafce, że trochę przeginam. Jednak to nadal za mało, żeby mnie powstrzymać :P Niemniej, spróbuję w miarę logicznie uzasadnić każdy z zakupów.

Te dwa produkty przyleciały do mnie z Korei (a jakże). Urocze jabłuszko Tony Moly skrywa w sobie peeling enzymatyczny (Appletox Smooth Massage Peeling Cream). Powód zakupu: kończy mi się peeling mechaniczny Ziaji i chcę dla odmiany spróbować enzymatycznego.
Fioletowa buteleczka to One-Step BB Cleanser bardzo lubianej przeze mnie firmy The Face Shop. Powód zakupu: używam obecnie już tylko kremów BB, które wymagają dokładnego zmywania. Myjadło Face Shopu jest przeznaczone specjalnie do tego celu i ma bardzo dobre recenzje w necie.

Tutaj mamy tzw. wspomagacze oczyszczania twarzy ;) Po lewej mój nowy konjac z białą glinką od Misshy. Powód zakupu: zastąpi starą gąbeczkę, która się zużyła. Tym razem wybrałam inną wersję, jestem ciekawa czy będzie jakaś różnica pomiędzy nimi.
Szczoteczkę do twarzy For Your Beauty wypatrzyłam na promocji w warszawskim Rossmanie. Powód zakupu: naczytałam się o niej wiele dobrego. Jako maniaczka dokładnego oczyszczania twarzy (przy mojej cerze mieszanej ze skłonnością do niedoskonałości jest to kluczowa sprawa) nie mogłam odpuścić i w pewnym sensie byłam na nią "skazana" :P

Cukrowy peeling kozie mleko & lychee od Organique miałam okazję testować jakiś czas temu. Próbka starczyła mi na kilka użyć, w trakcie których zapragnęłam pełnowymiarowego opakowania. Zwlekałam z zakupem, bo ten peeling jest niestety dość drogi (przeszło 60 zł za 200 ml). Powód zakupu: primo, mój Bloom Essence jest na wykończeniu. Secundo, uwielbiam Organique :P
Mydełko glicerynowe o zapachu cytrynowym dostałam w prezencie "za pieczątki" - zostawiam na tyle dużo pieniędzy na stoisku Organique, że zasłużyłam na "dodatek od firmy" :P Najprawdopodobniej je komuś sprezentuję :)
Szampon nawilżający do włosów Alterra z granatem i aloesem to sprawdzony produkt - to już 3-cia kupiona przeze mnie butelka. Powód zakupu: szampon będzie mi służył w domu podczas weekendowych odwiedzin i dłuższych pobytów, np. z okazji świąt.

Tutaj celowym zakupem był tylko róż od Bell (nr 051). Powód zakupu: chęć "spróbowania" i oswojenia się z różem - to mój pierwszy ;)
Maseczka z aloesem od Vanedo i ta sterta próbek to standardowe gifty od mojego koreańskiego sprzedawcy ;) 4 x krem BB (2 x Skin79, Tony Moly i Skinfood) i jakiś lotion ;) Muszę się raz w sobie zebrać i potestować to wszystko, to powstawiam Wam mini-recki i swatche :)

Dotrwałyście do końca? :) Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam :) 

wtorek, 6 sierpnia 2013

Denko lipcowe

Hej :) Dzisiaj czas na małe podsumowanie lipcowych zużyć. Niestety znowu nie ma tego zbyt wiele, ale zawsze coś :P

No właśnie. Łącznie mamy tu 10 pustych opakowań. I znowu, z powodu małej ilości, podział na "kategorie" będzie bardzo umowny.

Kąpiel & pielęgnacja dłoni/stóp

Od lewej:
  • Luksja, płyn do kąpieli Caramel Waffel - przyjemny, ale nie tak dobry jak choćby wersja cytrynowa. Rozczarował mnie fakt, że cudowny zapach "rozmydlał się" po wlaniu płynu do wanny. Raczej nie kupię ponownie.
  • Oriflame, żel pod prysznic z nawilżającym aloesem i arbuzem - dobry jakościowo, ładny zapach. Ale nie wiem, czy będę miała ochotę na powtórkę zamiast próbować innych :P Być może kupię ponownie.
  • Avon Care, krem do rąk z gliceryną - bardzo dobry. Kupię ponownie.
  • Oriflame, Feet Up, Aromatic Summer Foot Scrub - aromatyczny peeling do stóp - kolejny przyjemny kosmetyk ale w mojej ocenie nie należy on do niezbędnych. Raczej nie kupię ponownie.

Ciało & twarz


Od lewej:

  • Organique, Anti-Allergic, masło do ciała - zdecydowanie jeden z lepszych produktów do ciała, jakie miałam okazję używać. Do powtórzenia :) Pisałam o nim obszerniej TUTAJ
  • Tołpa, Planet of Nature, modelujący balsam do ciała - byłam z niego zadowolona i chętnie nabyła bym go ponownie. Ale tylko jeśli trafię na promocję :) Wtedy kupię go ponownie. A więcej informacji o tym produkcie znajdziecie TUTAJ
  • SVR, Provegol, woda do demakijażu skóry wrażliwej - miniaturka micelka. Na tyle, na ile zdołałam go wykorzystać, mogę powiedzieć, że jest ok - dobrze zmywa i jest delikatny. Jednak z doświadczenia wiem, że produkty SVR nie są warte swoich wygórowanych cen, bo cudów nie czynią. Nie kupię pełnowymiarowej wersji.
  • Tony Moly, Egg Pore Real Egg Jelly - fajny żel do twarzy, służył mi długo i z powodzeniem. Być może kupię ponownie. Pisałam o nim TUTAJ

Kolorówka & zapachy


Od lewej:

  • Maybelline, Dream Matt Powder, puder prasowany w odcieniu #03 Golden Beige - to moje drugie opakowanie tego kosmetyku. Używałam go przez lata i byłam do niego bardzo przyzwyczajona. Niestety, z nieznanych mi przyczyn, od czasu gdy go ostatni raz kupowałam, jego cena poszła w górę niemal dwukrotnie - obecnie wynosi niemal 40 zł. Wg mnie jest to przegięcie. Dlatego z żalem, ale nie kupię go ponownie.
  • Naomi Campbell, Cat Deluxe at Night, Eau de Toillete 50 ml - dostałam tę wodę w prezencie i byłam z niej bardzo zadowolona :) Piękny, owocowy zapach i duża wydajność. Z pewnością kiedyś kupię ponownie.

I to by było na tyle. Oby zużycia sierpniowe okazały się większe ;)

piątek, 2 sierpnia 2013

Chwalę się :)

Hej :) Dzisiaj radośnie, gdyż dostałam się na studia II stopnia - dokładnie na ten kierunek, na który chciałam i to na Uniwersytecie Warszawskim ^^ Egzaminy wstępne były stresujące ale opłacało się przez to przejść, bo od października zamieszkam w stolicy. Jestem zachwycona :D

Pokażę Wam dzisiaj kolekcję kosmetycznych nowości w mojej szafce - większość z nich to zagraniczne prezenty od rodziny, a niektóre sprawiłam sobie sama :) Podzieliłam je na kilka grup, według źródła pochodzenia.

Prezenty od stryjka z UK


Mój zamieszkały od lat w Wielkiej Brytanii stryjek spełnił moje marzenie o włosowej pielęgnacji z Dr Organic - sprezentował mi istny zestaw "do dopieszczania" moich włosów :D W jego skład wchodzą:
Aloe Vera Shampoo, Royal Jelly Shampoo, Vitamin E Conditioner oraz Manuka Honey Conditioner. Wszystkie prościutko od producenta :) Nacieszyć się nie mogę :D

Prezenty od brata z USA

Mój nieco tylko młodszy brat spędził kilka tygodni lipca w Stanach. Gdy zapytał, co mi przywieźć, poprosiłam o coś do malowania ust np. szminkę w dowolnym kolorze, byle nie różowym. W efekcie dostałam 3 szminki i błyszczyk - na zdjęciu pokazuję Wam 2 szminki, bo jedna "przeszła" na mamę :D
Są to N.Y.C. Ultra Last Lipwear w odcieniach Smooch i Garnet oraz błyszczyk N.Y.C. Up to 8hr City Proof Gloss w odcieniu Round the Clock Ruby. Wszystkie mają piękne, intensywne kolory :) Będę musiała częściej malować usta :D

Krajowy prezent od mamy

Mama sprezentowała mi wodę toaletową Yves Rocher Purple Lilac o przepięknym, świeżym zapachu bzu. Wprost idealna na lato :) 

Ode mnie dla mnie z Korei

Sprawiłam sobie paczuszkę z Korei, zamawiając u mojego ulubionego sprzedawcy 2 pewniaki: The Face Shop Oil-Free BB Cream (od dłuższego czasu nie mogę się z nim rozstać i właśnie wykańczam pierwszą tubkę) oraz fenomenalny korektor Tony Moly Baby Doll Pot Concealer w odcieniu #1 Light Beige (to mój kosmetyczny hit - na pewno napiszę o nim oddzielną notkę, bo jest cudotwórcą + doskonale uzupełnia się z kremem BB Face Shopu). Dodatkowo kupiłam puder z tej samej serii, co korektor - Tony Moly Baby Doll BB Powder #1 Light Beige. Oczekuję, że okaże się równie dobry :) 
W prezencie sprzedawca dorzucił próbki bliżej mi nieznanego kremu/żelu do twarzy Missha - Super Aqua Refreshing Cleansing Foam.

Jak Wam się podobają te kosmetyki? Znacie coś/lubicie? :) 

Pozdrawiam Was serdecznie i życzę miłego wieczoru :)

środa, 17 lipca 2013

Urocze kremiki do rąk :)

Hej :) Dzisiaj chcę Wam pokazać coś absolutnie kawaii - dwa kremy do rąk prosto z Korei. Należą do mojej mamy, ale wyboru i zakupu dokonałam ja :D Miałam szczęście ich używać i pożyczyłam je do krótkiej sesji zdjęciowej ;) Oto one, oba spod znaku Tony Moly: Peach Anti-Aging Hand Cream &  Tangerine Whitening Hand Cream.

Jak widać na zdjęciu, mamy brzoskwinkę i mandarynkę :) Krem-brzoskwinka ma działanie przeciwstarzeniowe, zaś mandarynka - rozjaśniające.


Jak widać, kremiki są sprytnie schowane i zabezpieczone plastikową membranką. Opakowanie jest nie tylko urocze, ale także solidne :) Oba mają dosyć gęstą konsystencję, świetnie się wchłaniają i nawilżają skórę rąk. Jednak to, co jest w nich absolutnie wyjątkowe (poza opakowaniem) to zapach - nie spotkałam się jeszcze z tak naturalnym zapachem owocowym u kosmetyków. Zarówno brzoskwinkę, jak i mandarynkę wręcz chce się zjeść - zero chemii, 100% odwzorowanie prawdziwego zapachu tych owoców. Moja mama je uwielbia i bardzo oszczędza, tak jej szkoda ;)

Jeśli chodzi o działania przypisywane każdemu z nich przez producenta - wg mojej mamy jest to znacznie na wyrost. Wątpliwe, żeby brzoskwinia odmłodziła nam dłonie tak samo jak mało prawdopodobne, że mandarynka je widocznie wybieli ;) Są to po prostu dwa dobre kremy, które ładnie nawilżają i oszałamiająco pachną

Wadą tych cudeniek jest na pewno nieduża pojemność i w konsekwencji, raczej niska wydajność. Pudełeczka zawierają zaledwie 30 g kremu - bardzo mało. Cena to ok. 6-7 $ za sztukę - nie najniższa jak za krem do rąk.

Jest to na pewno raczej gadżet niż hit pielęgnacyjny ale powiem Wam, że dla tych zapachów moim zdaniem warto sobie raz zaszaleć ;) Taki kremik będzie też fajnym upominkiem dla bliskiej osoby (moja mama była zachwycona, gdy sprezentowałam jej te cudaczki).

Podobają się Wam? :) Lubicie takie kosmetyczne bajery? :)

środa, 10 lipca 2013

Spóźnione denko czerwcowe

Hej :) Spieszę do Was z czerwcowym denkiem - wiem, późno... Tak się jednak złożyło, że w ostatnim tygodniu czerwca miałam przeprowadzkę i ogarnięcie wszystkich rzeczy zajęło mi sporo czasu. Potem bardzo mi się nie chciało, a potem okazało się, że leci drugi tydzień lipca ;)

Jak widać, nie ma tego niestety za dużo, w dodatku kilka próbek. Z kolorówki nie zużyłam w czerwcu nic - "winię" za to wyższe temperatury, które mocno stopują moje zapędy do makijażowych szaleństw i skłaniają do ascetyzmu :P
Ponieważ jest tego malutko, nie bawiłam się już w dzielenie na jakieś szczególne kategorie.

Od lewej:
  • Avon Senses, Amore (wanilia, fiołek i piżmo), żel pod prysznic - dostałam go od mamy, niestety mnie nie zachwycił. Prawdę mówiąc nie przepadam za całą serią Senses - uważam te zapachy za mocno chemiczne i w większości przypadków mało atrakcyjne, chociaż niektóre są na pewno bardziej udane od innych. Ten tutaj w ogóle mi nie podpasował - jak dla mnie zwyczajnie śmierdział. Zużyłam go do masażu nóg na mokro i golenia :P Nie kupię ponownie.
  • Alterra, szampon nawilżający do włosów suchych i zniszczonych Granat i Aloes - to druga zużyta przeze mnie butelka :) Bardzo go lubię i kupię ponownie.
  • Organique Energizing, szampon rewitalizujący z guaraną i papają - Nie kupię ponownie. Pisałam o nim obszerniej TUTAJ
Od lewej:
  • Organique, glinka ghassoul - bardzo lubię i na pewno kupię ponownie :) W swoim czasie napiszę o niej więcej, to bardzo fajna rzecz.
  • Tony Moly, Egg Pore Blackhead Out Oil Gel - wygląda super, ale nie jest wart trudu importowania ;) Nie kupię ponownie. Możecie przeczytać o nim TUTAJ
  • Alterra, balsam do ust z ekstraktem z rumianku - kupiony na szybko, ale dobrze mi służył. Zapach trochę nie taki, ale jakościowo dobry kosmetyk. Być może kupię kiedyś ponownie.


Tutaj mamy same próbki ;) Od lewej:
  • Vichy, Purete Thermale, mleczko do demakijażu do skóry normalnej i mieszanej - ta próbka dużo przeszła, co widać po jej opakowaniu :P Służyła mi jako "awaryjna", noszona w kosmetyczce w torebce. Mleczko bardzo przypadło mi do gustu i chciałabym wersję pełnowymiarową :)
  • Vichy, Aqualia Thermal Riche, nawilżający krem kojący i wzmacniający skórę o bogatej konsystencji - no właśnie, konsystencja jak na mój gust jest zbyt bogata :P Świeci mi się po nim twarz, dlatego nie kupię pełnowymiarowej wersji.
  • Ziaja, Bio Olejki, Krem na dzień i na noc do skóry suchej, zmęczonej z olejkiem z awokado - pomimo, że to tylko próbka, to służyła mi całkiem długo. Krem jest bardzo treściwy i mocno nawilża. Fajny, ale to nie dla mojej skóry mieszanej ;) Nie kupię pełnowymiarowej wersji.
I to w czerwcu było wszystko. Powinnam pewnie od razu pokazać Wam kolejne zakupy, ale chyba już nie mam siły na ich opisywanie, no i zrobiłam je już w lipcu. Ale na pewno się wkrótce pochwalę, spokojna głowa :D

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Z "jajecznej" serii Tony Moly - Egg Pore Blackhead Out Oil Gel & Egg Pore Real Egg Jelly

Witam po dłuższej przerwie :) Ostatni egzamin właśnie został napisany, a ja korzystam z chwili wytchnienia, żeby stworzyć nową notkę. Pomyślałam sobie, że warto zrecenzować dwa produkty z  dosyć popularnej w sieci serii do pielęgnacji cery (z naciskiem na nos) z rozszerzonymi porami i zaskórnikami made in Korea.


Tak wygląda cała kolekcja jajek Tony Moly. Od lewej: żel, maseczka, baza pod podkład + żel na dzień.

Na początku chciałam kupić WSZYSTKIE ale po namyśle stwierdziłam, że jajko nr 2 - maseczka na nos to przesada ;) Jajko nr 3 - baza pod podkład to nie moje klimaty, bo nie używam baz w ogóle, obawiając się dodatkowego zapychania cery silikonami.

Tada! A oto MOJE 2 z 4 jajeczek Tony Moly Egg Pore: Egg Pore Blackhead Out Oil Gel & Egg Pore Real Egg Jelly




Zwróćcie uwagę na prześmieszne rysuneczki z tyłu opakowania :D Najbardziej podoba mi się ten "błyszczący" nos ^^


Jajeczka kupiłam na ebayu za łączną cenę trochę ponad 20 $ - żel do mycia (jajko białe) kosztował jakieś 8-9 $,  żel do twarzy był nieco droższy - bodajże 12 $. Biorąc pod uwagę, jakie marże są naliczane za te jajka w naszych polskich drogeriach internetowych, to sporo zaoszczędziłam :)

Zacznijmy od  Egg Pore Blackhead Out Oil Gel:


Białe jajo zawiera 30 ml żelu, który wg producenta ma oczyszczać pory i likwidować zaskórniki, zwłaszcza te uporczywe "kropeczki" na nosie

Jajo po otwarciu wygląda tak:


Jak widać, dostępu do drogocennego żelu broni żółta membranka - dobre zabezpieczenie, dzięki temu nawet, jak jajko nam nieszczęśliwie spadnie na ziemię, to nic się nie wyleje :) 

Żel jest przeźroczysty, oleisty i zawiera trochę twardych, żółtych drobinek (które zapewne mają peelingować). Pachnie intensywnie i obłędnie, bardzo cytrusowo. Na opakowaniu jest informacja, że żel zmienia kolor z przeźroczystego na biały w wyniku kontaktu z sebum - od razu mówię, że to ściema, bo kolor istotnie zmienia, ale pod wpływem kontaktu z wodą :P 

Rozprowadza się trochę tępo (ta oleista konsystencja się ciągnie i maże), ale pieni się całkiem przyzwoicie. Co do oczyszczania... Zapomnijcie, że usunie Wam zaskórniki - zdecydowanie tego nie robi, a więc nie spełnia zasadniczej obietnicy producenta. W zasadzie nie ma większego wpływu na wągry, mój nos jest po nim tak samo "nakrapiany" jak i był :P Ale przynajmniej dobrze zmywa makijaż, w tym krem BB - pod tym względem jest super. Należy mu też przyznać, że nieco zwęża pory, aczkolwiek nie jakoś spektakularnie. 

Wydajność - czego oczekiwać po 30 ml... Szału nie robi. Używam tego jajka nieco ponad miesiąc i już końcóweczka. 

Ważna informacja: mnie ten żel nie zapchał ani mi nie zaszkodził, a takie skargi można znaleźć w internecie. Najwyraźniej zależy to od indywidualnej wrażliwości.


A teraz bardziej udany brat: Egg Pore Real Egg Jelly.


I w środku:

Zabezpieczenie identyczne, jak w przypadku żelu do twarzy. Tutaj producent dodaje jeszcze szpatułkę, którą można sobie pomieszać "białko z żółtkiem", jak ktoś chce sobie ułatwić :) 

Składnik przeźroczysty ma za zadanie przede wszystkim zwężać pory, natomiast żółty - odżywiać i nawilżać cerę. Należy nakładać oba według uznania, ja zwykle na większość twarzy aplikuję "białko", a "żółtko" idzie na strefy problematyczne ;)

Konsystencja - oczywiście żelowa i przez to produkt jest bardzo wydajny :) "Żółtko" jest trochę gęstsze i bardziej zbite. Zapach dużo delikatniejszy niż w jajku nr 1, ale równie przyjemny. Z działaniem jest dużo lepiej niż w przypadku żelu do twarzy :) 

Jajeczko nawilża, zwęża pory i wyraźnie matuje moją skłonną do świecenia twarz. Nie powoduje wysypów, moja cera je wyraźnie polubiła :) Wchłania się szybciutko, tworzy taką śliską powłoczkę na twarzy - bardzo fajnie nakłada się potem na to makijaż :) Wydajność jest naprawdę duża - używam ponad miesiąc i nawet 1/4 jeszcze nie zeszła ;) Bardzo mi się to podoba.

Jaka jest konkluzja?

O ile Egg Pore Blackhead Out Oil Gel to dla mnie strata czasu, bo naprawdę nic specjalnego nie robi, to za to Egg Pore Real Egg Jelly naprawdę miło mnie zaskoczyło :) Najwyraźniej nie dane mi jest pozbyć się "kropek" z nosa, ale za to mam naprawdę fajny żel do codziennej pielęgnacji twarzy ^^

Podobają się Wam te jajeczka? Jeżeli któraś z Was rozważałaby zakup i miałaby jakieś dodatkowe pytania, to piszcie na maila a postaram się pomóc :)