Pokazywanie postów oznaczonych etykietą makijaż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą makijaż. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 września 2014

Czym maluję usta? :)

Hej! :) Od pewnego czasu na blogach pojawiają się notki, w których dziewczyny pokazują swoje kosmetyczne zbiory - bardzo podoba mi się ta idea i postanowiłam się dołączyć. Dziś chcę Wam pokazać moją mini-kolekcję smarowideł do ust. Do tego rodzaju produktów mam prawdopodobnie największą słabość ;) Żeby post nie był sbyt długi, wybrałam te, których najczęściej używam lub uważam z jakiegoś powodu za interesujące.

Zdjęcia prezentują usta przed i po nałożeniu kosmetyku.

1. Essence, Beach Cruisers, błyszczyk w odcieniu #2 Girls just wanna have sun!


Bardzo skromny, bardzo wygodny, bardzo trwały - jak dla mnie to same zalety. Noszę go stale w torebce, chociaż raz nałożony rzadko wymaga poprawek. To chyba najtrwalszy błyszczyk, z jakim się spotkałam. Jest w sumie całkowicie transparentny - na zdjęciu tego nie widać, ale ładnie uwypukla usta.

wtorek, 15 lipca 2014

W poszukiwaniu matu z Innisfree No Sebum Mineral Powder Pact

Skłonność do świecenia się w strefie T to jedna z tych mniej wdzięcznych cech mojej mieszanej cery. Problem towarzyszy mi właściwie przez cały rok - nieco słabszy w okresie jesień-zima, za to w pełnym rozkwicie wiosną i latem. Tak więc, puder matujący to dla mnie konieczność. Z reguły używam dwóch różnych jednocześnie: sypki do aplikowania pędzlem w domu (rano, jako utrwalenie makijażu) i kompakt, który noszę w torebce i wykorzystuję do poprawek w ciągu dnia.

Gdy skończył mi się mój ostatni kompakt Maybelline, a nowy od Eveline okazał się niewypałem kolorystycznym, na jakiś czas zarzuciłam korzystanie z pudru w kamieniu i nosiłam przy sobie sypki puder Holika Holika w mini-opakowaniu. W końcu i on został zużyty, a ja zaczęłam się rozglądać za nowym kompaktem. Wybór padł na transparentny puder od Innisfree (Innisfree No Sebum Mineral Powder Pact).


poniedziałek, 14 października 2013

Kolorowe kredki

Hej :) Dzisiaj chcę Wam pokazać moją mini-kolekcję kredek do oczu. W moim przypadku kredka jest bardzo potrzebnym kosmetykiem kolorowym, bo jestem maniaczką kresek :) Na eyeliner nie zawsze mam czas/chęci/cierpliwość a kolei kredka jest łatwiejsza w obsłudze i można nią "machnąć" raz dwa kreseczkę dowolnej grubości i kształtu ;)


Moich kredek nie jest dużo (zaledwie sztuk 6) ale za to każda z nich jest regularnie używana i ma swoje indywidualne zastosowania :)

 

Biała kredka Essence służy mi przede wszystkim do zamalowywania linii wodnej celem optycznego powiększenia oczu. Ostatnimi czasy wykorzystuję ją także jako białą bazę do pokrywania powiek - polubiłam się z białym makijażem i robię go sobie na jakieś większe wyjścia :) Ta kredka jest miękka i bardzo dobrze się nią operuje. Trwałość jest przeciętna, ale jak na moje potrzeby wystarczająca.


Podwójna kredka z Avonu została zakupiona dawno temu w jakiejś promocji. Mam wersję czarno-srebrną i szczerze mówiąc, jest to moja najmniej lubiana kredka. Czarna połówka jest mało wyrazista i lubi się rozmazać - używam jej tylko wtedy, gdy wychodzę zaledwie na parę h i wiem, że w miarę szybko wrócę. Srebrna część bardziej mnie zadowala ale mam mało okazji, by jej używać. Przeważnie są to jakieś większe imprezy ;)


  

Brązowy ołówek Hean już Wam kiedyś pokazywałam TUTAJ. Bardzo go zresztą lubię - ma bardzo ładny kolor i jest naprawdę trwały - trzyma się powiek bez rozmazywania przez cały dzień :) Dodatkowo ma temperówkę w zatyczce - bardzo przydatna rzecz.

 

Ta tutaj to prawdziwa gwiazda - w końcu to diamentowa konturówka do oczu :) Ponownie Avon, odcień Sugar plum. Przepiękna kredka - intensywny, iskrzący kolor świetnie harmonizuje z moimi zielonymi tęczówkami. Super trwała i świetna nie tylko na imprezy, lubię jej użyć także na codzień :) Jedyne, co mam jej do zarzucenia to niemożność temperowania - to nieco utrudnia rysowanie kresek. 

  

Revlon High Dimension w odcieniu Sapphire wygrałam w jakimś drobnym konkursie internetowym. Początkowo nie byłam przekonana do tego koloru ale o dziwo, całkiem nieźle pasuje do moich oczu. Jest nasycony i lekko połyskujący :) Szkoda tylko, że ta kredka jest bardzo miękka - ciężko ją nawet zatemperować, bo łatwo się odkształca. Trzeba jej używać bardzo delikatnie i z pewną dozą cierpliwości, ale efekt jest tego wart :)


Ostatnia to moja ulubienica - mimo małego rozmiaru ma w sobie duży potencjał :) To miniaturka Lancome Khol Noir, którą dostałam kiedyś w zestawie z tuszem Hypnose. Kredeczka podbiła moje serce i staram się ją autentycznie oszczędzać ;) Ma świetną konsystencję i zostawia na powiece idealnie czarną kreskę, która trzyma się przez cały dzień. Bez problemu można ją zatemperować na "super-ostro" i rysować cieniusieńkie kreski :)

Tak wygląda mój zestaw kredek :) Która z nich podoba się Wam najbardziej? A może polecicie mi swoje kredkowe "pewniaki"? :D Bardzo proszę :)

A na sam koniec, skoro jesteśmy w temacie makijażu oczu... Patrzcie, co wczoraj kupiłam :)


Ostatnia jedna w Hebe, nie mogłam jej nie wziąć :P Bardzo mnie ciekawi ta szczoteczka - niebawem dam Wam znać, czy to jest właśnie "to" czy może nie ;)

wtorek, 8 października 2013

Mistrz kamuflarzu - Tony Moly Baby Doll Pot Concealer #1

Witam Was w ten sympatyczny jesienny wieczór. Sympatyczny, bo jest jeszcze całkiem ciepło :) Ale i tak spędzam go z zieloną herbatą, tartą gruszkową (w sumie już zjadłam) i maską na włosach. Taki drobny akt dobroci wobec moich włosów ;) Ale nie o masce chcę dzisiaj pisać.

Przyleciał do mnie ładnych kilka miesięcy temu i natychmiast podbił moje serce. Nadeszła pora, by zaprezentować mojego niekwestionowanego ulubieńca. Szanowne Panie - oto Tony Moly Baby Doll Pot Concealer #1.

Opis producenta

Korektor zapewnia naturalne, długotrwałe i zarazem perfekcyjne krycie. Hypoalergiczny. Korektor absorbuje nadmiar sebum i utrzymuje się na twarzy przez wiele godzin.

Jak widać, producent jest raczej oszczędny w słowach i ogranicza się do podstawowych informacji. I słusznie, bo nie ma co się wiele rozwodzić nad tym maleństwem - trzeba po prostu wypróbować jego możliwości :)


Moja opinia

Jak się na pewno zorientowałyście, korektor mnie zachwycił. Ale postaram się powściągnąć swój entuzjazm i rzetelnie Wam go opisać. A więc... :)
Opakowanie - małe, okrągłe pudełeczko z grubego, przeźroczystego plastiku z białą nakrętką. Korektor dodatkowo zabezpiecza plastikowa membranka (jak w większości kosmetyków Tony Moly). Pojemność to zaledwie i aż 4 g :)


Konsystencja jest zbita - korektor przypomina gęstą pastę. Należy nabrać niewielką ilość na palec i ostrożnie wklepać w wybrane miejsce. Można go nakładać warstwowo. Sposób aplikacji nie jest zbyt higieniczny - przyznaję ale jednocześnie nie bardzo wiem, jak miałaby ona inaczej wyglądać biorąc pod uwagę gęstość tego produktu. A przecież zawsze można (a nawet trzeba) umyć łapy zanim się weźmiemy do malowania ;)


Kolorek - Baby Doll występuje w dwóch odcieniach: #1 Light beige oraz #2 Natural beige. Jako osoba bladolica posiadam oczywiście jaśniejszą wersję. Nie widziałam na żywo drugiego odcienia ale oceniając po zdjęciach, różnica nie wydaje się zbyt drastyczna.
#1 to ładny, ciepły beż z żółtymi tonami. Zero różu i ziemistości! Fantastycznie wtapia się w makijaż - używałam go zarówno z kremami BB jak i podkładem - w obydwu przypadkach świetnie współpracuje i umiejętnie wklepany, ani trochę się nie odcina

Największa zaleta? Obłędne krycie. To wręcz czysty pigment - nie spotkałam się jeszcze z tak skutecznym korektorem, a uwierzcie, że przez lata walki z trądzikiem młodzieńczym, a potem hormonalnym, ratowałam się najróżniejszymi specyfikami tego typu. Baby Doll bije wszystkie na głowę! Potrafi ukryć uparte zaczerwienienia i znacząco zredukować widoczność brzydkich wyprysków. Dla mnie, której zdarza się przebudzić rano z istnym "bałaganem" na twarzy, jest to prawdziwe wybawienie.

Poniższe zdjęcie miało w założeniu zaprezentować moc krycia na skórze - po lewej widać "nagie" znamiona, po prawej "skorygowane" koretorem (oczywiście nie robię takich głupot, to tylko "próba siły" korektora ;)). Przepraszam Was za różnicę w oświetleniu :/ Wydaje mi się jednak, że widać to, co trzeba. Ciemne pieprzyki zostały znacząco "zakryte".

Pozostaje jeszcze jedna kwestia - krycie cieni pod oczami. Tutaj mam pewne wątpliwości. Czasami rzeczywiście używam Baby Doll w tym celu, delikatnie wklepując go pod oczy. Dzięki silnemu kryciu dość znacząco rozjaśnia spojrzenie ALE po jakimś czasie potrafi nieco włazić w zmarszczki - najprawdopodobniej jest po prostu za gęsty, żeby całkowicie sprawdzić się w takiej roli. Niemniej zrobiłam dla Was odpowiednie zdjęcie. Po lewej "nagie" oko, po prawej z korektorem.


Co jeszcze mogę napisać? Cena jest moim zdaniem niska - można go kupić już za niecałe 5$. Nie uczulił mnie ani nie podrażnił. Jest bardzo trwały - nie należy się obawiać, że zniknie w ciągu dnia. Jeśli chodzi o wydajność, to jest ogromna - używam go codziennie od kwietnia, a nie zużyłam jeszcze nawet połowy :) Ale i tak mam już w szafce drugie opakowanie tak na wszelki wypadek :P

W tym momencie chyba pora zakończyć - same widzicie, zakochałam się po prostu :P Nie uważam jednak, żebym w którymkolwiek punkcie tej recenzji przesadziła - to, co napisałam to w 100% moje odczucia. Po prostu ten produkt trafił idealnie w moje potrzeby ;) Tak w ogóle, to z linii Baby Doll mam jeszcze puder BB - ale o tym innym razem.

Znacie? Macie swoich maskujących ulubieńców? Podzielcie się opiniami :)

piątek, 27 września 2013

Kosmetyczna rozpusta cz.2

Tak jak obiecałam, pokażę Wam dzisiaj pozostałe produkty, które zakupiłam w ataku rozrzutności trochę ponad tydzień temu ;) Nie zostało tego dużo i od razu przepraszam Was za jakość zdjęć - oddalenie od domu oznacza brak aparatu z prawdziwego zdarzenia :/ Ratuje mnie komórka mojego lubego, a za niedługo będę miała własnego smartfona - powinien robić przyzwoite zdjęcia. Tymczasem wybaczcie, że wygląda to jak wygląda.

Ponieważ moja dwufazówka Bawełna od Bielendy jest na wykończeniu, nabyłam dla odmiany wersję Awokado do oczu wrażliwych - jestem ciekawa czy będzie lepsza od koleżanki. No i nie ukrywam - skusił mnie ten kolorek i fakt, że zmienili opakowanie na takie z "pstryczkiem" :D

Maseczka jajeczna Joanny to produkt sprawdzony - bardzo ją lubię i używam jako odżywkę :) W Warszawie można ją bez problemu nabyć w każdej mniejszej drogerii, toteż nabyłam :)

Na eliksir wygładzająco-nawilżający Argan, makadamia i kokos od Biovaxu miałam ochotę już dawno - zniechęcała mnie jedynie cena (ok. 30 zł za 50 ml). Długo czatowałam na jakąś promocję i w końcu się doczekałam - "wyrwałam" go w SuperPharm za jakieś 17 zł :)

A tutaj moje szaleństwo cieniowe - wszystko przez promocję w internetowym sklepiku Hean. Gdy ogłosili weekend darmowej wysyłki, wiedziałam, że już przepadłam :P Natychmiast kliknęłam poczwórne cienie do powiek High Definition w wersji 403 Orchidea Flowers. Zakochałam się w nich od pierwszego wejrzenia - kolory są bardzo żywe, fantastycznie skomponowane i silnie napigmentowane. Zdjęcie nie oddaje ich piękna nawet w 0,5 % :P

Jak już klikałam, to sprawdziłam sobie promocje. No i w promocji były pojedyncze cienie metaliczne z linii Art - to zamówiłam sobie dwa, a co :P Od lewej nr 255 Metallic Liliac oraz nr 253 Metallic Rose. Nie umiem zdecydować, który mi się bardziej podoba - podobnie jak w przypadku paletki, tutaj również mamy wysokie nasycenie kolorów i solidną pigmentację :) Pozostaje pytanie kiedy ja to wszystko zużyję ;)

Na razie to koniec z zakupami (kogo ja chcę oszukać). Niestety (albo stety?) dla Was, kolejna paczka z Korei jest już w powietrzu, a dodatkowo udało mi się wygrać w pewnym konkursie pewne kosmetyki, które też Wam niedługo pokażę :) Pozdrawiam Was serdecznie!

poniedziałek, 23 września 2013

Mini-recka Tony Moly Expert Triple BB Cream

Dobry wieczór :) Witam Was ze stolicy - mojego nowego lokum od wczoraj :) Przeprowadzka była męcząca, ogarnianie mieszkania jeszcze bardziej - szorowanie, wycieranie, rozpakowywanie... Na szczęście sytuacja jest już mało wiele opanowana, a ja próbuję przyzwyczaić się do wszechobecnego tłumu, zgiełku i generalnie szybkiego tempa, w jakim żyje Warszawa. W międzyczasie podzielę się z Wami moimi wrażeniami na temat kolejnego kremu BB ;)

Dorwałam się do próbek - wreszcie. Miałam pewne problemy decyzyjne, od czego zacząć ale ostatecznie padło na Tony Moly Expert Triple BB Cream , który zainteresował mnie jakiś czas temu, a nie kupiłam go "w ciemno" tylko dlatego, że jest dosyć drogi. Na szczęście w moje łapki trafiły próbki :)

Tak wygląda pełnowymiarowe opakowanie kremu o pojemności 50 ml. Ta przyjemność kosztuje ok. 25 $ na ebay'u. Poniżej jedna z moich próbek.


Co twierdzi producent:

Tony Moly Expert Triple BB Cream SPF45 PA + + + to 3-funkcjonalny krem BB, który zapewnia rozjaśnienie cery, pielęgnację zmarszczek oraz ochronę przed szkodliwym promieniowaniem UV.

Zwiera m.in. ekstrakty z czerwonego żeń-szenia i organiczny wyciąg z lawendy.

Co twierdzę ja:

Kremik ma niezbyt gęstą (ale też nie płynną), raczej lekką konsystencję. Aplikacja nie jest zbyt trudna - ja wklepałam go palcami. Miejscami utworzył drobne smużki, które jednak dały się łatwo zlikwidować.
Krycie w skali 1-10 oceniłabym na 5. Ten krem nie ukryje bez pomocy korektora poważniejszych niedoskonałości, jednak na miejscowe przebarwienia i zaczerwienienia wystarczy. Można go nakładać warstwowo i w ten sposób nieco zwiększyć krycie. Kolor to jasny beż, raczej ciepły i bez różowego pigmentu (uff). Do mojej mega-bladej twarzy dopasował się bardzo przyzwoicie, bez efektu "odcięcia". Poniżej wstawiam zdjęcie w świetle dziennym.


Co jeszcze mogę o nim powiedzieć? Ładnie trzyma się buzi i nie ściera. Jest na tyle lekki, że nie czuć go na twarzy. Ma wysoki filtr, więc nie musimy obawiać się słońca. Pozwala zachować matową skórę, nie powoduje świecenia się. Natomiast nie spodobało mi się, że trochę podkreśla suche skórki

Nie jestem pewna, czy kupię pełnowymiarową wersję. Jest trochę drogi w porównaniu np. do Face Shopu czy SKIN79. Na pewno jego dużą zaletą jest naturalny kolor. Z drugiej strony bardzo nie lubię podreślania skórek, zwłaszcza obecnie (jestem w trakcie kuracji Epiduo i trafiają mi się przesuszenia). Tak więc na razie nie jestem w stanie się zdecydować, toteż zadowolę się próbkami, które mi zostały ;) 

Na koniec pokażę Wam, jak ten krem wypada kolorystycznie w porównaniu do innych BB, z jakimi miałam styczność. 


No tak :P Napaciałam sobie tych kremów i wiecie co mnie uderzyło? Że one wszystkie wyglądają bardzo podobnie na ręce! Natomiast na twarzy każdy z nich wygląda całkowicie inaczej, np. Snail robi się różowy a najciemniejszy tutaj Face Shop jaśnieje :P O ElishaCoy jeszcze Wam nie pisałam ale obiecuję poprawę - na razie zdradzę tylko, że ten krem ze swatcha jest dla mnie swego rodzaju fenomenem. Ale szczegóły kiedy indziej :)

Co sądzicie o tym kremie? Podoba się Wam? ;)

poniedziałek, 16 września 2013

Kosmetyczna rozpusta cz. 1

Witam serdecznie w ten "uroczy" dzień spomiędzy chusteczek - ewidentnie zaczął się dla mnie sezon na przeziębienia :P Dopadł mnie katarek, więc siedzę w domu i staram się wszelkimi sposobami doprowadzić do porządku. Ale nie o tym chcę pisać ;)
W poprzednim poście napomknęłam o sporych (jak na mnie) zakupach i obiecałam, że pokażę nabytki. Zrobię to w 2 etapach, gdyż nie mam wszystkich nowych kosmetyków pod ręką - część z nich została już w Warszawie. Dzisiaj pochwalę się tymi, które mam na miejscu.

Pocieszcie mnie, że Wy też macie takie napady rozrzutności :/ Oczywiście niektóre z Was pewnie machną ręką, że "to jest nic" ale muszę się przyznać, że ja widzę wyraźnie po swojej szafce, że trochę przeginam. Jednak to nadal za mało, żeby mnie powstrzymać :P Niemniej, spróbuję w miarę logicznie uzasadnić każdy z zakupów.

Te dwa produkty przyleciały do mnie z Korei (a jakże). Urocze jabłuszko Tony Moly skrywa w sobie peeling enzymatyczny (Appletox Smooth Massage Peeling Cream). Powód zakupu: kończy mi się peeling mechaniczny Ziaji i chcę dla odmiany spróbować enzymatycznego.
Fioletowa buteleczka to One-Step BB Cleanser bardzo lubianej przeze mnie firmy The Face Shop. Powód zakupu: używam obecnie już tylko kremów BB, które wymagają dokładnego zmywania. Myjadło Face Shopu jest przeznaczone specjalnie do tego celu i ma bardzo dobre recenzje w necie.

Tutaj mamy tzw. wspomagacze oczyszczania twarzy ;) Po lewej mój nowy konjac z białą glinką od Misshy. Powód zakupu: zastąpi starą gąbeczkę, która się zużyła. Tym razem wybrałam inną wersję, jestem ciekawa czy będzie jakaś różnica pomiędzy nimi.
Szczoteczkę do twarzy For Your Beauty wypatrzyłam na promocji w warszawskim Rossmanie. Powód zakupu: naczytałam się o niej wiele dobrego. Jako maniaczka dokładnego oczyszczania twarzy (przy mojej cerze mieszanej ze skłonnością do niedoskonałości jest to kluczowa sprawa) nie mogłam odpuścić i w pewnym sensie byłam na nią "skazana" :P

Cukrowy peeling kozie mleko & lychee od Organique miałam okazję testować jakiś czas temu. Próbka starczyła mi na kilka użyć, w trakcie których zapragnęłam pełnowymiarowego opakowania. Zwlekałam z zakupem, bo ten peeling jest niestety dość drogi (przeszło 60 zł za 200 ml). Powód zakupu: primo, mój Bloom Essence jest na wykończeniu. Secundo, uwielbiam Organique :P
Mydełko glicerynowe o zapachu cytrynowym dostałam w prezencie "za pieczątki" - zostawiam na tyle dużo pieniędzy na stoisku Organique, że zasłużyłam na "dodatek od firmy" :P Najprawdopodobniej je komuś sprezentuję :)
Szampon nawilżający do włosów Alterra z granatem i aloesem to sprawdzony produkt - to już 3-cia kupiona przeze mnie butelka. Powód zakupu: szampon będzie mi służył w domu podczas weekendowych odwiedzin i dłuższych pobytów, np. z okazji świąt.

Tutaj celowym zakupem był tylko róż od Bell (nr 051). Powód zakupu: chęć "spróbowania" i oswojenia się z różem - to mój pierwszy ;)
Maseczka z aloesem od Vanedo i ta sterta próbek to standardowe gifty od mojego koreańskiego sprzedawcy ;) 4 x krem BB (2 x Skin79, Tony Moly i Skinfood) i jakiś lotion ;) Muszę się raz w sobie zebrać i potestować to wszystko, to powstawiam Wam mini-recki i swatche :)

Dotrwałyście do końca? :) Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam :) 

piątek, 13 września 2013

Spóźnione mini-denko sierpniowe

Hej :) Jest tu jeszcze ktoś? ^^" Znowu przepadłam bez wieści, a tutaj już wrzesień w pełni... Ale co zrobić - za chwilę czeka mnie przeprowadzka do Warszawy, w której zresztą spędziłam ostatnie dwa tygodnie. Korzystałam z pozostałych mi chwil wakacji i starałam się ograniczać posiedzenia przy komputerze, na czym automatycznie ucierpiał blog...

Dzisiaj pokażę Wam szybko moje sierpniowe zużycia - niestety bardzo niewielkie :/ Zastanawiałam się, czy nie poczekać do końca miesiąca i nie zrobić podwójnego denka ale uznałam, że przewożenie pustych opakowań nie ma sensu. Dlatego proszę o zrozumienie ;)

Od lewej:

  • Fitomed, oczyszczający tonik ziołowy do cery tłustej i trądzikowej - jeden z lepszych, jakie używałam. Po raz drugi pojawia się w denku blogowym i zapewnie na tym się nie skończy ;) Kupię ponownie.
  • Pervoe Reshenie, rosyjski balsam babci Agafii na kwiatowym propolisie - bardzo przyzwoita odżywka. Recenzję można przeczytać TUTAJ. Bardzo możliwe, że kupię ponownie.
  • Love2MIX Organic, szampon nawilżający z ekstraktem z jagód acai i proteinami perły - pisałam o nim niedawno TUTAJ. Ze względu na nieco zbyt gęstą konsystencję nie wiem, czy kupię ponownie. Zapewne raczej wybiorę inną wersję z tej samej serii ;)
  • The Face Shop, Clean Face Oil Free BB Cream - od kilku miesięcy mój absolutny hit! Na dobre wyparł podkłady i w zasadzie używam już tylko jego. Szczegółowa recenzja i swatche są TUTAJ. A ja już kupiłam i na pewno znowu w przyszłości kupię ponownie.
  • Missha, Bamboo Charcoal Konjac Soft Jelly Cleansing Puff - w skrócie po prostu konjac. Dla niezorientowanych - ta zabawna gąbeczka służy do oczyszczania/mycia twarzy ;) Wspomagałam się nią przez +/- 3 miesiące i jestem bardzo zadowolona :) Zakupiłam już kolejny egzemplarz :)
Same widzicie - bardzo mało zużyłam. Niedobrze, bo półki mam pełne i wciąż przybywa nowych produktów :P Chciałam w tej notce pokazać Wam od razu nowości, ale jest tego trochę za dużo - poświęcę tej kwestii następny post. Tymczasem przepraszam Was serdecznie za przerwę w blogowaniu i mam nadzieję, że zostanie mi to wybaczone ;)

czwartek, 29 sierpnia 2013

Trochę refleksji i zakupów

Hej, po raz kolejny wracam po przerwie. Co tu dużo mówić - popadłam ostatnio w jakiś stan pośredni pomiędzy znużeniem a rozleniwieniem i nie miałam dość chęci, by zajmować się blogiem. Dodatkowo przez tydzień nie było mnie w domu, a po powrocie właściwie nie robiłam nic innego poza czytaniem książek. Nawet po sklepach się nie włóczyłam (!). Ale to tylko w ubiegłym tygodniu. W jeszcze poprzednim wydałam za to sporo na ubrania, a i kosmetyków kilka wpadło :P Zaraz Wam zresztą pokażę ;)

Zakupy ubraniowe

Wybierając się do centrum handlowego planowałam właściwie jeden zakup - marynarkę. Mam coś pecha do tej części garderoby - przez wszystkie lata mojego życia zakupiłam zaledwie 2 sztuki, z czego jedna jest obecnie za duża :P Mam zwykle spory problem ze znalezieniem takiej, która by na mnie dobrze leżała i jednocześnie zaspokajała moje oczekiwania (kolor, długość, krój). Jestem niska, mam figurę klepsydry (duże wcięcie w talii, szer. ramion równa z szer. bioder) z jednym ale - klepsydry zwykle mają obfity biust, ja mam raczej przeciętny (czytaj: średniej wielkości). Z tego powodu marynarki często mi się "rozklapciają" na piersiach, bo są szyte na większy biust. Zakładałam więc z góry, że może mi się znowu nie udać :P

Na szczęście upolowałam bardzo ładną w Pull&Bear - wklejam Wam zdjęcie ze strony producenta (http://www.pullandbear.com/), bo lepiej się prezentuje, niż na zdjęciu, które ja bym ew. mogła zrobić :)

Jak widać - klasyczny krój, długi rękaw, sięga nieco za biodra. Dostępna w kilku kolorach, ja zdecydowałam się na klasyczną czerń :) Bez żadnych udziwnień, będzie pasowała zarówno na eleganckie bluzki jak i na kolorowe t-shirty. Najważniejsze, że świetnie leży - nic mi nie odstaje na plecach, ani na piersiach :D 

Gdy już przepuściłam pieniądze na marynarkę, wpadłam w bardzo dobry humor - na tyle dobry, że zamiast zakończyć zakupy, ruszyłam dalej :P W tym samym sklepie chwyciłam prosty kardigan w kolorze szarym.

Lubię ubierać się zimą "na cebulkę", więc wyznaję zasadę, że kardiganów nigdy za wiele. Podobają mi się te kieszonki oraz fakt, że nie jest zbyt obcisły i nie ma dzięki temu "prześwitów" między guzikami ;)

Potem wyhaczyłam jeszcze bardzo prostą, bawełnianą sukienkę w H&M. Bardzo uniwersalna, będzie można ją nosić w najróżniejszych kombinacjach :) Niestety nie udało mi się znaleźć zdjęcia w necie, więc wstawiam zrobione przeze mnie.

Na wieszaku może nie wygląda najlepiej, ale jest bardzo dopasowana do figury i jestem ogromnie zadowolona z tego nabytku :)

Ostatnim zakupem-prezentem (mama mi ją "wzięła") jest delikatny szaliczek do jesiennego płaszcza prosto z Parfois. Jak tylko zobaczyłam ten print, to zapragnęłam go mieć :) (zdjęcie ze strony http://www.parfois.com/)

Nie znoszę jesieni (zimy też nie) ale może obecność tego cudeńka na mojej szyi wpłynie pozytywnie na mój zwyczajny (mało ciekawy) humor w ponure dni jesienne :P

Zakupy kosmetyczne

Nie jest tego bardzo dużo, a część to znowu prezenty ;) 


Itemki z dwóch pierwszych zdjęć dostałam od mamy. Komplecik kremowych błyszczyków Pupa zachwycił mnie kolorami - uważam je za rozkosznie słodkie ;) Odżywka Garnier Ultra Doux do długich włosów przyjechała z Francji (u nas jest niedostępna), a żel pod prysznic Balea oczywiście z Niemiec. Z Balei moja mama nazwoziła naprawdę całe siaty różnych mydeł, płynów do kąpieli itd. 

Granatowa buteleczka to mój pierwszy zakup z Biochemii Urody. Zawiera tonik do cery mieszanej na bazie hydrolatu porzeczkowego. W jego skład wchodzi ekstrakt z rozmarynu EKO, niacynamid (wit. B3) i aminokwasy siarkowe. Dopiero zaczęłam go używać, więc nie umiem jeszcze nic więcej o nim powiedzieć ;)

Olejek arganowy 3w1 od Bielendy kupiłam na otwarciu nowej drogerii w mojej miejscowości. Pierwszego dnia był rabat 10% na wszystkie zakupy, więc go sobie chwyciłam :P Byłam ciekawa, czy taka tańsza wersja olejku arganowego okaże się warta uwagi. I póki co jestem zdania, że tak :) 

Tak wyglądają ostatnie nowości w mojej szafie/łazience. Aktualnie leci do mnie kolejna paczka z Korei (spadek $ zwykle przekłada się u mnie na chęć zamawiania). Jednak dostanę ją w swoje rączki dopiero za 2 tygodnie, gdyż w sobotę wyjeżdżam do stolicy. Będę tam miała internet i postaram się nie zaniedbywać bloga ;) 

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Zapomniane, przywrócone do łask #1 :)

Dzisiaj post nocną porą - zamiast spać, pokażę Wam kilka kosmetyków kolorowych niemal dosłownie z "dna" kosmetyczki. Prawie wszystkie są nowiutkie i nieużywane bądź użyte zaledwie kilkakrotnie. Nie zostały "rzucone w kąt", tylko po prostu trochę zapomniane, z różnych przyczyn - a to dostałam/kupiłam coś innego, a to akurat nie było okazji itd. itp. Postanowiłam częściej robić przegląd zapasów i wyciągać takie egzemplarze na wierzch celem ich jak najczęstszego używania :)

Pojedynczy cień do powiek Maybelline Colorama nr 302 - kupiłam go na wiosnę, bo potrzebowałam jasnego cienia do rozświetlenia kącików oczu. Kolor to matowe, zimne, jasne złoto - sprawdza się świetnie nie tylko jako uzupełnienie, ale również solo. Po kilkumiesięcznym leżakowaniu w kosmetyczce postanowiłam przywrócić go do łask, bo sprawdza się w dziennym makijażu :)


Pomadka do ust Sally Hansen Volumizing Lip Shield w kolorze delikatnego różu - niestety numerek się starł, więc nie jestem w stanie podać Wam dokładnego odcienia. To mazidełko wygrałam w konkursie na jakimś kosmetycznym portalu. Nadaje ustom delikatny, naturalny kolor bez drobinek. Poszła w odstawkę, bo preferuję błyszczyki. Teraz mam zamiar zmienić nawyki i ona idzie na pierwszy ogień :)

Cienie L'oreal Color Appeal Star Secrets Quad Pro nr 358 Kobaltowy błękit - dostałam je dosyć dawno w prezencie. Powiem szczerze - długo nie wiedziałam, co z nimi począć. Otóż problem w tym, że mam zielone oczy i jakoś ciężko mi było wykombinować makijaż z wykorzystaniem tego niebieskiego trio. Niedawno zaczęłam używać ich pojedynczo i eksperymentować - otóż okazuje się, że da się. Mam zamiar poświęcić im więcej uwagi i wreszcie zacząć systematycznie używać.

Puder mineralny Eveline Celebrities Beauty odcień 20 Transparent - nóweczka, kupiony w okolicach marca. Nabyłam go jako zastępstwo dla Maybelline (wspominałam ostatnio o skandalicznej podwyżce ceny), bo koniecznie muszę mieć w torebce puder prasowany. Niestety dałam się zrobić w balona - odcień Transparent, wbrew swojej nazwie (i wbrew temu, co mi mówiła pani w drogerii) wcale transparentny nie jest. W dodatku okazał się ciut za ciemny - wiadomo, blada twarz po zimie. Teraz, gdy się nieco opaliłam, kolor jest idealny. Nadszedł jego czas :)

Podwójna kredka z Avonu w kolorze czarnym i srebrnym - najstarszy z prezentowanych kosmetyków. Pomimo upływu czasu, kredka nadal jest okay. Czemu jej nie używałam? Otóż nie wiem. Chyba po prostu o niej zapomniałam. Postaram się to zmienić.

Błyszczyk Maybelline Shine Sensational 1 Crushed Minty Sheer - kupiony niedawno, używany raczej okazjonalnie. Przegrywał z kolorowymi błyszczykami. Teraz mam zamiar zwiększyć jego zużycie - będę go kładła nie tylko solo ale także na pomadki jako utrwalacz.


Na razie to wszystko :) Mam nadzieję, że mój plan się powiedzie i wytrwam w zamiarze częstszego używania tych produktów, bo każdy z nich na to zasługuje. 

wtorek, 6 sierpnia 2013

Denko lipcowe

Hej :) Dzisiaj czas na małe podsumowanie lipcowych zużyć. Niestety znowu nie ma tego zbyt wiele, ale zawsze coś :P

No właśnie. Łącznie mamy tu 10 pustych opakowań. I znowu, z powodu małej ilości, podział na "kategorie" będzie bardzo umowny.

Kąpiel & pielęgnacja dłoni/stóp

Od lewej:
  • Luksja, płyn do kąpieli Caramel Waffel - przyjemny, ale nie tak dobry jak choćby wersja cytrynowa. Rozczarował mnie fakt, że cudowny zapach "rozmydlał się" po wlaniu płynu do wanny. Raczej nie kupię ponownie.
  • Oriflame, żel pod prysznic z nawilżającym aloesem i arbuzem - dobry jakościowo, ładny zapach. Ale nie wiem, czy będę miała ochotę na powtórkę zamiast próbować innych :P Być może kupię ponownie.
  • Avon Care, krem do rąk z gliceryną - bardzo dobry. Kupię ponownie.
  • Oriflame, Feet Up, Aromatic Summer Foot Scrub - aromatyczny peeling do stóp - kolejny przyjemny kosmetyk ale w mojej ocenie nie należy on do niezbędnych. Raczej nie kupię ponownie.

Ciało & twarz


Od lewej:

  • Organique, Anti-Allergic, masło do ciała - zdecydowanie jeden z lepszych produktów do ciała, jakie miałam okazję używać. Do powtórzenia :) Pisałam o nim obszerniej TUTAJ
  • Tołpa, Planet of Nature, modelujący balsam do ciała - byłam z niego zadowolona i chętnie nabyła bym go ponownie. Ale tylko jeśli trafię na promocję :) Wtedy kupię go ponownie. A więcej informacji o tym produkcie znajdziecie TUTAJ
  • SVR, Provegol, woda do demakijażu skóry wrażliwej - miniaturka micelka. Na tyle, na ile zdołałam go wykorzystać, mogę powiedzieć, że jest ok - dobrze zmywa i jest delikatny. Jednak z doświadczenia wiem, że produkty SVR nie są warte swoich wygórowanych cen, bo cudów nie czynią. Nie kupię pełnowymiarowej wersji.
  • Tony Moly, Egg Pore Real Egg Jelly - fajny żel do twarzy, służył mi długo i z powodzeniem. Być może kupię ponownie. Pisałam o nim TUTAJ

Kolorówka & zapachy


Od lewej:

  • Maybelline, Dream Matt Powder, puder prasowany w odcieniu #03 Golden Beige - to moje drugie opakowanie tego kosmetyku. Używałam go przez lata i byłam do niego bardzo przyzwyczajona. Niestety, z nieznanych mi przyczyn, od czasu gdy go ostatni raz kupowałam, jego cena poszła w górę niemal dwukrotnie - obecnie wynosi niemal 40 zł. Wg mnie jest to przegięcie. Dlatego z żalem, ale nie kupię go ponownie.
  • Naomi Campbell, Cat Deluxe at Night, Eau de Toillete 50 ml - dostałam tę wodę w prezencie i byłam z niej bardzo zadowolona :) Piękny, owocowy zapach i duża wydajność. Z pewnością kiedyś kupię ponownie.

I to by było na tyle. Oby zużycia sierpniowe okazały się większe ;)