niedziela, 28 lipca 2013

Kocie nabytki i o moim stosunku do mody słów kilka

Witajcie w ten upalny dzień :) Uwielbiam taką pogodę, zwłaszcza gdy nie muszę nigdzie iść ani nic robić - mogę sobie do woli wypoczywać w ogrodzie i cieszyć się słoneczkiem ^^ Mam nadzieję, że u Was jest podobnie i podobnie jak ja macie okazję doświadczać pięknej aury na zewnątrz :)

Dzisiejszy post nie będzie kosmetyczny (szok :P), tylko modowo-zakupowy. Tak, tak, po raz pierwszy wypowiem się tutaj troszeczkę na temat mojego podejścia do mody i zdradzę Wam, co mnie kręci i podnieca w tym temacie. Zapraszam do lektury :)

Codzienne komponowanie ubrań i regularna aktualizacja zawartości szafy to tematy bliskie każdej z nas. Moda jest ważna, bo nasz wygląd zewnętrzny ma zasadniczy wpływ na to, jak nas odbierają i postrzegają inni. Fakt ten wykorzystuje cała masa firm i jednostek działających w odzieżowym biznesie i dosłownie żyjących z modowych trendów, które napędzają za pomocą mediów. W natłoku informacji i szybko zmieniających się koncepcji odnośnie tego, co należy a czego nie należy nosić w danym sezonie, można się naprawdę pogubić :) A tak naprawdę najważniejsze jest przecież to, żeby nosić ubrania, które nam pasują i w których się dobrze czujemy - bez względu na to czy są z ubiegłorocznej czy też aktualnej kolekcji. Oto moja modowa zasada nr 1 :)

Ślepe podążanie za trendami często kończy się nie tylko obniżeniem stanu konta ale także niesie ze sobą ryzyko, że będziemy wyglądać jak połowa miasta (zwłaszcza gdy mieszkamy w mniejszej miejscowości). Oczywiście nie mamy wpływu na to, co kupują inni i może się tak zdarzyć, że nasza nowa sukienka trafiła w gusta wielu innych dziewcząt, o czym przekonamy się na najbliższym spacerze po mieście. Jednak takie ryzyko jest zdecydowanie większe wtedy, gdy kupujemy sukienkę z wystawy lub lansowaną w najnowszym numerze jednego z kobiecych czasopism. Nie chcę przez to powiedzieć, że należy zawsze omijać takie ubrania (może się tak zdarzyć, że dana sukienka jest naprawdę super i bardzo nam pasuje) ale że warto zainteresować się resztą asortymentu, która nie jest w danym momencie tak intensywnie promowana. To moja modowa zasada nr 2: szukać dla siebie ubrań nie tylko z przodu sklepu :D

A co zrobić jeśli mimo wszystko kupimy coś, co nosi wiele osób w mieście? Wtedy trzeba postarać się, żeby nikt nie nosił tej rzeczy tak, jak my. I tutaj jest moja modowa zasada nr 3: ubrania należy zawsze dopasowywać do siebie, a nie siebie do ubrań. To może oznaczać okraszanie niebalanymi dodatkami, komponowanie autorskich zestawień czy nawet modyfikowanie oryginalnej formy lub "zalecanego" sposobu noszenia. Przykład? Niedawno (a może i teraz też) modne było noszenie koszuli z przodu wciśniętej do spodni, co mi się osobiście nie podoba. Dlatego uparcie noszę koszule puszczone luźno na spodnie i za nic mam, że 90% ulicy robi to odwrotnie ;)

To były podstawy mojej "filozofii" :P Tak więc kupuję to, co mi się podoba i noszę to tak, jak mi się podoba. Mam na uwadze możliwości i ograniczenia, jakie wiążą się z moją figurą i urodą - kupuję to, w czym wyglądam i czuję się dobrze. Nie jestem zbyt zainteresowana aktualnymi trendami, no chyba że mi po prostu podpasują. Jest za to kilka nurtów/stylów, które mnie inspirują i do których staram się nawiązywać. Najważniejsze z nich to retro, pin-up i azjatycki street fashion. Wszystkie są bardzo rozległe i można wiele przez nie rozumieć ale ja sprowadzam je do prostej maksymy: być damą i uroczą dziewczyną :) Wbrew pozorom to da się zrobić jednocześnie :D Można też rozgraniczać, co również często robię :)


Na zakończenie tej przydługiej notki pokażę Wam dwa nowe nabytki. W H&M jest teraz dużo ubrań z wizerunkami kotów, które zapewne znikną równie szybko, jak się pojawiły. Ponieważ w pewym sensie kolekcjonuję kocie ciuszki, nie mogłam sobie odmówić skorzystania na tym trendzie :)


Tę spódniczę zauważyłam w Warszawie i z miejsca się w niej zakochałam, ale nie udało mi się znaleźć rozmiaru. Gdy więc zobaczyłam pełną gamę rozmiarówki w moim "lokalnym" H&M nie było siły, żebym jej nie kupiła :) Bardzo trafnie łączy w sobie moje koncepcje, o których Wam napomknęłam: jest bezdyskusyjnie urocza i dziewczęca, a ze względu na fason w odpowiednim zestawieniu może być też elegancka :)

Ta tuniko-koszulka to prezent od mojego chłopaka :) Wzięłam ją do przymiarki razem ze spódniczką ale nie byłam przekonana - jest dosyć długa, a ja jestem niska. Za to mój chłopak, gdy mnie w niej zobaczył, powiedział, że muszę ją mieć i on mi ją kupi ;) No i kupił, i jest moja :D Jest naprawdę długa i można ją nosić jako sukienkę. Do dżinsów/szortów można ją bez problemu podwinąć, przez co proporcje nie są zakłócone. Mam już kilka pomysłów na to, jak ją nosić :)

Nie będę Was już dzisiaj dręczyć - obawiam się, że niewiele z Was wytrwało do końca tych wywodów :P Chciałabym tylko zaznaczyć, że absolutnie niczego nikomu nie narzucam - moją intencją było podzielenie się osobistym podejściem. Nie wiem, na ile mi się to udało i nie wiem, czy powrócę do tematu. Będę wdzięczna za komentarze i Wasze własne modowe koncepcjo-opinie :) Tymczasem uciekam do ogrodu :D

piątek, 26 lipca 2013

Mini-recka Missha Cho Bo Yang BB Herbal Cream SPF30 PA++ #1

Witajcie :) Wróciłam wczoraj z mojej egzaminacyjnej wyprawy. Przede mną nerwowy tydzień oczekiwania na wyniki... Ale nie o tym chcę pisać.

W moje ręce wpada sporo próbek - na pewno to znacie. Każde zamówienie z Korei oznacza kilka takich gratisów, a że zamawiam dosyć regularnie (nałóg) to i próbek trochę się nazbierało. Sporo z nich to różniaste kremy BB.
Wiem, że dziewczyny często szukają w necie informacji na temat poszczególnych kremów BB z Korei, a zwłaszcza ich odcieni. Mi też się zdarzają takie researche ;) W związku z tym postanowiłam sukcesywnie zużywać próbki BB, które mi się gromadzą w szafce i dzielić się z internautkami podstawowymi informacjami, które pozyskam z tych testów :)

Na pierwszy ogień idzie Missha Cho Bo Yang BB Herbal Cream SPF30 PA++ w odcieniu #1 Natural Beige.

Tak wygląda pełnowymiarowe opakowanie - 50 ml. W sprzedaży można też znaleźć mniejszą wersję o zawartości 20 ml. Zaś moja próbka wygląda tak:


Opis producenta

3-funkcjonalny krem BB, który dzięki zawartości ziołowych składników sprawi, że Twoja skóra będzie jasna i promienna.

Spłycenie zmarszczek + rozjaśnienie + ochrona SPF30 PA++. 
Zawiera 3 rodzaje cennych składników, takich jak dziki żeń - szeń koreański, kordyceps chiński i czyste złoto. To połączenie zapewnia efekt jasnej i promiennej skóry. 
Opracowany tak, aby zachować zdrową skórę bez podrażnień w trakcie noszenia. Wyjątkowa trwałość zapewnia krycie przez cały dzień.*

*moje tłumaczenie opisu ze strony http://www.misshaus.com

Słów kilka ode mnie

Kremik ma dość gęstą konsystencję i na pierwszy rzut oka wydaje się treściwy. Aplikacja nie sprawia problemu - ja go po prostu wklepywałam. Ma dobry poślizg i ładnie scala się ze skórą. Zapach przywodzi mi na myśl woń klasycznego kremu Nivea. Kolorystycznie wygląda następująco:


W sprzedaży dostępne są 2 odcienie: #1 Natural Beige oraz #2 Calm Beige. Ja trafiłam na #1, który jest jaśniejszą wersją. 
Bezpośrednio po wyciśnięciu na rękę wydaje się dosyć ciemny, ale po nałożeniu na skórę twarzy dość szybko jaśnieje i dopasowuje się do naturalnego odcienia skóry. Jestem bardzo bladą osobą i słońce nieszczególnie mnie opala, więc byłam pewna, że ten krem będzie za ciemny. Niespodziewanie okazało się, że jest w stanie się do mnie dopasować i zapewnić mi naturalny wygląd :) Co widać na poniższym zdjęciu:

Fajne jest krycie tego kremu - naprawdę porządne, porównywalne z kryciem podkładu maskującego. Nie musiałam używać korektora - ten BB samodzielnie ukrył przebarwienia i niedoskonałości. Dobrze współpracował z pudrem, nie dawał samodzielnie jakiegoś szalonego "glow" ale z drugiej strony matu też nie.

Jedyne zastrzeżenie, jakie mam do tego kremu po tak krótkim użytkowaniu (próbka starczyła mi zaledwie na 3 użycia) to fakt, że czułam go na twarzy. Wynika to zapewne z jego treściwości - pewnie lepiej sprawowałby się zimą. Nie wiem jednak, czy zdecyduję się to sprawdzić, bo jego zasadniczą wadą jest dość wysoka cena - minimum 20 $ na ebayu za opakowanie 50 ml. 

Znacie ten specyfik? Lubicie Misshę? :)

sobota, 20 lipca 2013

Etude House Baking Powder Pore Cleansing Foam

Witajcie :) Dzisiejszy post będzie musiał wystarczyć na trochę dłużej - jutro wyjeżdżam celem zdawania egzaminów wstępnych :/ Nawet nie chce mi się o tym myśleć... W każdym razie nie będzie mnie przez jakiś czas. Ale na pocieszenie dzisiaj pokażę Wam moje "myjadło" do twarzy - Etude House Baking Powder Pore Cleansing Foam :)


Według producenta kosmetyk ma za zadanie delikatnie złuszczać naskórek i dokładnie oczyszczać pory. Formuła 3 w 1 ma oczyszczać pory, zmywać makijaż i wszelkie kremy z filtrami UV. Co ciekawe, jednym ze składników tego krem-żelu jest baking powder - proszek do pieczenia, czy też może raczej, jak mi ktoś zasugerował, chodzi o sodę oczyszczoną. Kupiłam go za jakieś 10-12 $ (nie pamiętam dokładnie).


Kosmetyk jest opakowany w dużą, miękką tubę o pojemności 170 ml. Zabezpieczenie jest szczelne i nie ma mowy, żeby coś się przypadkiem wydostało na zewnątrz. 


W tubie ukryty jest gęsty krem, który po nałożeniu na wilgotną skórę obficie się pieni i znacznie zwiększa objętość. Na pokrycie całej twarzy gęstą pianą wystarczy odrobina kosmetyku - jest dzięki temu szalenie wydajny. Kosmetyk ma ładny, cytrusowy zapach.

Oczyszcza bardzo dokładnie - po zmyciu skóra jest wręcz "tępa", nie zostawia żadnego śliskiego filmu. Po umyciu buzi zawsze używam toniku, żeby pomóc odzyskać skórze właściwe PH i zlikwidować ewentualne pozostałości makijażu. Po użyciu Baking Powder Pore Cleansing Foam na skórze nie zostaje nic - wacik nasączony tonikiem jest zawsze czysty. Z tego wniosek, że ten krem-żel doskonale likwiduje makijaż i pozostawia skórę idealnie czystą :) 

Żeby nie było zbyt pięknie - jest to dosyć agresywny preparat i trzeba uważać, żeby nie dostał się do oczu (o czym zresztą ostrzega producent na opakowaniu) - w takim wypadku koszmarnie piecze. Należy trzymać go z dala od błon śluzowych. Osobiście odradzam używania go na podrażnionej w jakiś sposób skórze, bo na pewno nie wpłynie na nią pozytywnie.

Jestem bardzo zadowolona z tego zakupu - specyfik spełnia swoje zadanie :) Nie był bardzo drogi, zwłaszcza przy tej wydajności - mam wręcz wrażenie, że w ogóle go nie ubywa :P 

Na dzisiaj to wszystko, a ja wracam do nauki T_T Życzcie mi powodzenia, bo bardzo mi się przyda...

środa, 17 lipca 2013

Urocze kremiki do rąk :)

Hej :) Dzisiaj chcę Wam pokazać coś absolutnie kawaii - dwa kremy do rąk prosto z Korei. Należą do mojej mamy, ale wyboru i zakupu dokonałam ja :D Miałam szczęście ich używać i pożyczyłam je do krótkiej sesji zdjęciowej ;) Oto one, oba spod znaku Tony Moly: Peach Anti-Aging Hand Cream &  Tangerine Whitening Hand Cream.

Jak widać na zdjęciu, mamy brzoskwinkę i mandarynkę :) Krem-brzoskwinka ma działanie przeciwstarzeniowe, zaś mandarynka - rozjaśniające.


Jak widać, kremiki są sprytnie schowane i zabezpieczone plastikową membranką. Opakowanie jest nie tylko urocze, ale także solidne :) Oba mają dosyć gęstą konsystencję, świetnie się wchłaniają i nawilżają skórę rąk. Jednak to, co jest w nich absolutnie wyjątkowe (poza opakowaniem) to zapach - nie spotkałam się jeszcze z tak naturalnym zapachem owocowym u kosmetyków. Zarówno brzoskwinkę, jak i mandarynkę wręcz chce się zjeść - zero chemii, 100% odwzorowanie prawdziwego zapachu tych owoców. Moja mama je uwielbia i bardzo oszczędza, tak jej szkoda ;)

Jeśli chodzi o działania przypisywane każdemu z nich przez producenta - wg mojej mamy jest to znacznie na wyrost. Wątpliwe, żeby brzoskwinia odmłodziła nam dłonie tak samo jak mało prawdopodobne, że mandarynka je widocznie wybieli ;) Są to po prostu dwa dobre kremy, które ładnie nawilżają i oszałamiająco pachną

Wadą tych cudeniek jest na pewno nieduża pojemność i w konsekwencji, raczej niska wydajność. Pudełeczka zawierają zaledwie 30 g kremu - bardzo mało. Cena to ok. 6-7 $ za sztukę - nie najniższa jak za krem do rąk.

Jest to na pewno raczej gadżet niż hit pielęgnacyjny ale powiem Wam, że dla tych zapachów moim zdaniem warto sobie raz zaszaleć ;) Taki kremik będzie też fajnym upominkiem dla bliskiej osoby (moja mama była zachwycona, gdy sprezentowałam jej te cudaczki).

Podobają się Wam? :) Lubicie takie kosmetyczne bajery? :)

poniedziałek, 15 lipca 2013

Pachnące nawilżenie z masłem Organique Anti-Allergic

I w dalszym ciągu pogoda beznadziejna :/ Wiem, że narzekam na to przy okazji niemal każdej notki ale naprawdę działa mi to na nerwy. Wakacje, człowiek chciałby sobie poleżeć pod chmurką a tymczasem siedzi w domu...

Dzisiaj chcę Wam pokazać mój absolutny hit jeśli chodzi o nawilżanie - masło do ciała Organique z linii Anti-Allergic.


Dostałam ten przemiły produkt w prezencie kilka miesięcy temu. Sama zapewne nie zwróciłabym na niego uwagi, bo jest opisany jako "dla skóry wrażliwej" - a ja takowej raczej nie posiadam ;) Na szczęście trafił do mnie tak czy inaczej :)


Masełko jest zamknięte w metalowej puszce, typowej dla Organique. Po otwarciu czujemy śliczny, delikatny ale dosyć intensywny zapach kwiatowy - mi przywodzi na myśl magnolie. Konsystencja jest lekka i kremowa, dosyć zbita - masełko jest gęste i na pewno nie będzie nam ściekać z palców :) Wchłania się dosyć szybko, nie pozostawia widocznego filmu na skórze.

Najważniejsze: wspaniale i długotrwale nawilża skórę, sprawia, że jest jedwabiście gładka. Radzi sobie nawet z moją, nie ukrywajmy, zwykle dość szorstką skórą na łokciach - sprawia, że jest zmiękczona i miła w dotyku :) Jestem absolutnie zachwycona tym produktem. Nie podrażnia w żaden sposób, można spokojnie stosować po depilacji.

Wadą jest dość wysoka cena - ok. 40 zł i raczej niska wydajność (masełko szybko znika z puszki). Jednak przy tym działaniu wydaje mi się, że warto.

Jak widać na zdjęciu, moje masełko jest już niestety na wykończeniu. Przykro mi z tego powodu, bo bardzo je polubiłam... Będę musiała zainwestować w następne opakowanie :)
Jakie są Wasze ulubione nawilżacze? :) Co polecacie? :)